Zimna wojna. Mężatki kontra My

Fajnie jest być mężatka, można w końcu zacząć używać liczby mnogiej. My kupiliśmy, my tak zdecydowaliśmy, my idziemy na imprezę. Po ślubie wzrasta poczucie wartości, jestem ważniejsza i ważna dla tego jedynego.

Zaobrączkowane, podpisane koniec kropka.

Raz jeden jedyny, raz zostałam oficjalnie zaproszona na imprezę, gdzie były same pary. O ironio byłam wówczas mężatką, ale traktowaną z dużym politowaniem a to, dlatego, że byłam żoną faceta, który pracował za granicą, to tak jakbym go wcale nie miała. Czułam się trochę jak wyrzutek, o tak jak teraz, gdy nie zapraszają mnie pary.

Zaczęłam się już wówczas zastanawiać, dlaczego nie zaproszono mnie nigdy więcej. Nie upiłam się, nikogo nie podrywałam, ale chyba za skąpo się ubrałam i każdy dżentelmen zatańczył z samotną kilka razy. No tak, pewnie to był mój błąd, w momencie obrotu spódnica moja falowała jak dawna lambadówka i spod niej, jedna z moich koleżanek dostrzegła moje figi. Powinnam ze wstydu się spalić a ja powiedziałam coś w stylu mojej mamy, że peszcież nie kradzione.

Czy ten jeden obrót za dużo zaważył na mojej popularności wśród mężatek? Czy teraz będąc singiel’ką powinnam zacząć nosić habit? Czy wówczas obsypywano by mnie zaproszeniami?

Właśnie pomyślałam o moich samotnych kolegach. Czy wiecie, że oni są zapraszani znacznie częściej? Dlaczego?

Czy samotny facet nie jest zagrożeniem dla tych zajętych? A może mózg męski odbiera to inaczej? Czy nie jest tak, że gdy faceta żona jest adorowana, to jego ego jest karmione, to rośnie jego poczucie trafnego wyboru? Czy zazdrość jest mężczyznom obca? A może ich próg zaufania do partnerki jest o wiele dalej usytuowany niż u kobiet? A w takim razie, czy nie wynikałoby z tego, że faceci mają większe poczucie swojej wartości?

Więc dlaczego my singiel’ki nie jesteśmy zapraszane przez mężatki?

Znane mi są dwa powody. Pierwszy z nich to strach, obawa przed tym, że będziemy uprawiać seks z ich mężami. No w końcu jesteśmy wolne i możemy robić, co chcemy, jak chcemy i kiedy chcemy? Wolnym kobietom trudno zaufać, przecież statystycznie kobiet jest więcej na świecie niż mężczyzn, więc walka trwa. Najlepszy kąsek trafi się najlepszej? Tylko czy ja chciałabym później stać na straży tego kawałka mięsa? Żyć w ciągłym strachu, że mi go któraś odbije? Nie, to może już lepiej być singiel’ką.

To, co z tym seksem? Czy wolne kobiety naprawdę podrywają wszystko, co nie ucieka na drzewo? Czy my faktycznie nie myślimy o niczym innym i czy faktycznie możemy i pytanie fundamentalne czy chcemy kochać się z ich mężami?

Jest w tym całym seksie magiczna moc. Nie wiem nawet, o co więcej zabiegamy, o szacunek dla nas kobiet, czy o wierność? A może wierność to właśnie okazywanie szacunku? Czy osoby zdradzające tak uważają?

I kiedy zaczyna się zdrada?

No i co jeśli to oni chcę uprawiać seks z nami? Tego typu adorację powinnyśmy przyjąć to za komplement czy obelgę? Kto jest takiej sytuacji winien uwodziciel czy uwodzona singiel’ka? I jeszcze odwieczne pytanie „mówić czy nie mówić?” mężatce? I dlaczego?

I w takim wypadku, czy to my mamy czuć się winne, bo to my broń – seksapil?

A drugi powód? Nie wiem jak mam go określić, ale mi coś takiego się przytrafiło i to niejednokrotnie, chociaż nie mogę powiedzieć, że to reguła, ale jednak zdarza się zbyt często. No dobra, to facet. Facet, który nie lubi koleżanki swojej żony, nie tylko, że nie lubi, on wręcz dostaje białej gorączki, gdy mają zamiar razem iść na przysłowiową kawę, dla niego przysłowiową, bo jego zdaniem idą się, co najmniej szlajać, na podryw, na kurwa mać, itd. To dopiero jest awantura.

Ale w takim razie, gdzie w tym momencie podziewa się zaufanie? Czy mężczyźni bardziej ufają swoim kolegom niż żonie? I jak najczęściej kończą się takie wypady? Z obserwacji wiem, że zepchnięciem samotnej na boczny tor, nawet, gdy by to była najbliższa rodzina to, czego się nie robi dla szczęścia w związku.

Ale czy można mieć żal do byłych przyjaciółek? Czy nie jest tak, że każdy kieruje się w życiu własnymi wartościami i dla ich obrony jest w stanie poświęcić coś mniej ważnego? Czy nie jest najważniejsze pozostać wierną swoim ideałom?

A tak na koniec to spójrzmy prawdzie w oczy przecież nie zawsze tak jest, że to my nie jesteśmy zapraszane. Często bywa, że wcale nie chcemy przebywać wśród mężatek. Nasz powód to ten ich oddech na naszych plecach, tak jakby chciały nam powiedzieć, jakie to my biedne i nieszczęśliwe prowadzimy puste i pozbawione sensu życie. Oczywiście do czasu, gdy nagle pokażesz się z jakimś facetem. Wówczas od razu stajesz się widzialna. I już nikt nie patrzy na ciebie z politowaniem. Teraz weszłaś do ich ligi, teraz się nadajesz. Bywa i tak, że czasami kobiety, byłe singiel’ki zapominają, że jeszcze przed miesiącem dzieliły los tej drugiej kategorii kobiet i również zaczynają patrzeć na ciebie z góry. To chyba jest bardziej bolesne do przełknięcia. Ale czy nie powinniśmy cieszyć się jej szczęściem? Przecież nas jest tak wiele, a ona no cóż dziś jest zajęta, jutro może być już nie.

Każdy potrzebuje odrobinę miłości już pisałam tu, że ja też.

Oprócz tego politowania to jeszcze, to ciągłe swatanie. To, czego wręcz nie cierpię. Nie potrafię czasami zrozumieć, dlaczego zajęci nie rozumieją mnie. Po drugim moim rozwodzie miałam prawie 40 lat na karku, nie ciekawy stan konta bankowego i nikogo, kto by mi na zawołanie wbił gwoźdź w ścianę. To, że zaczęła się koleżeńska pomoc we swataniu potrafię jeszcze zrozumieć. Ale zszokowało mnie, gdy mój własny rodzony tato zasugerował, że powinnam kogoś sobie znaleźć. Moja odpowiedź go chyba też troszeczkę zszokowała, gdy powiedziałam, że już „cudzych slipek prać nie będę”.

Mam nadzieję, że znajdzie mnie ktoś jeszcze i będę miło spędzać wieczory w ramionach tego jedynego, ale raczej nie we wspólnym domu. Jeśli chodzi o resztę, to mam kilku kolegów, których żony wiedzą, iż zagrożenie ze mnie żadne i ten gwóźdź pozwolą im mi wbić, w ścianę oczywiście. Zawsze kochałam swoją niezależność tak, więc o sprawy materialne też potrafię zadbać. Bo może ja lubię być singiel’ką?

Czy ci próbujący mnie zeswatać nie mogą o tym pomyśleć? A może ja nie nadaję się na żonę? Patrząc na liczbę to rekordu nie mam w kieszeni, ale dwie przysięgi to stanowczo o jedną za dużo.

To jak to właściwie jest, jeśli kobieta nie ma faceta, to znaczy, że jest gorsza? Nie ma z nią, o czym rozmawiać a o jej podbojach aż żal słuchać? Może powinniśmy być w jakimkolwiek związku, lepszy wróbel w garści niż skowronek na dachu? Czy rzeczywiście było by nam łatwiej?

Ale z drugiej strony, czy takie samotne singiel’ki w towarzystwie to nie skarb? Próbowałam kiedyś zrozumieć mojego drugiego przyszłego męża. Chociaż nie udało mi się to od ponad piętnastu lat, to zastanawiam się czy zrobiłam wówczas dobrze? Mój przyszły mąż miał zaprzyjaźnioną rodzinę. Mąż – żona – dzieci. Był od roku sam, więc każdą wolna chwilę spędzał u nich. Taki przyszywany dobry wujek. Przywieź, zawieź, pomóż, gdy męża nie ma. Nie miałam nic przeciwko temu nawet uważałam to za świetny kontakt do chwili, gdy umówił się ze mną w dniu moich urodzin. Był to czas, gdy stawałam na nogi i dużo czasu poświęcałam pracy, ale ten dzień zarezerwowałam dla niego. Wszystko zorganizowane i nawet poświęciłam się i wstałam rano, bo sam umówił się ze mną na ósmą. Czekałam ponad cztery godziny, przyjechał, około dwunastej, bo musiał ściąć żonie kolegi żywopłot, aby ta pożyczyła mu auto. To był dla mnie szok. Nawet zastanawiałam się, czy tak było rzeczywiście, ale jakie to miło znaczenie, skoro cztery godziny błąkałam się sama po obcym mieście.

Nie wiem, dlaczego, ale mężatki uważają, że my singieki nie mamy nic do roboty. Całymi dniami siedzimy w siłowni i u kosmetyczki a wieczorami raczymy się lodami oglądając durne seriale lub ruszamy w miasto na polowanie. Często jest tak, że gdy odmówisz jakiegoś wsparcia i tłumaczysz, że jesteś zajęta, to pada fundamentalne pytanie, czym? Czy żony uważają, że samotne oznacza płytkie? Bez zobowiązań, bez celu?

Albo się nad nami litują albo wykorzystują, albo swatają, albo odrzucają? Nie widzę w tym takiego wyśrodkowania. I chociaż minęły czasy, gdy być starą panną, rozwódką, singiel’ką to niemalże zbrodnia, w kwestii mentalnej wydaje się nic nie zmieniać.

To ten cały feminizm to bujda? Rozpisałam się nad tym tematem tu.

Może to jeszcze nie zimna wojna pomiędzy singiel’kami a mężatkami, ale zawsze gdzieś rozgrywać się będą mniejsze lub większe bitwy.

Nie chodzi o to, że jesteśmy inne. Wydaje się, że po prostu bolą nas różne rzeczy, tym się różnimy, że mamy inne priorytety, a może po prostu w inne słowa ubrane.

Każda kobieta ma inne oczekiwania ale miło by było czasami, gdyby rozumiały się obie strony nawzajem.

Pozdrawiam, Wioletta

Polecane artykuły