Zanim rozbłysną światła – zwierzenie

Kiedy zaczynałam przygodę z rozwojem osobistym, wszystko wydawało się tak proste i tak łatwe do zdobycia. Zachłystując się nowymi informacjami, miałam wrażenie, że teraz mój świat i moje życie odmienią się raz na zawsze. Że – już mądrzejsza – będę podejmowała tylko trafne decyzję. Że jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki zacznę zmieniać swoje nawyki. Że budowanie siebie stanie się moim codziennym nawykiem. Bo sukces a nawyki stanowią nierozłączną parą.

Zmiany przyszły po pierwszym roku, a i owszem, ale tylko na gorsze. Patrząc i czytając historie znanych ludzi, którzy niemal krzyczeli mi nad uchem: „Obudź w sobie moc!”, poczułam się taka malutka, taka niedoszkolona. Moja wiara w siebie malała, a wyznaczony cel wciąż obierał inny kierunek. Raz chciałam występować na scenie, innym razem prowadzić szkolenia, po kilku miesiącach myślałam o powrocie do projektowania ubrań. Nauka w szkole umożliwiającej zdobycie certyfikatu trenera nie tylko nadwyrężyła mój budżet, lecz także moje zasoby wewnętrzne. Zrozpaczona coraz większą nieudolnością, zaczęłam zastanawiać się, do czego mnie to wszystko doprowadziło. Poczułam się wypalona i zdezorientowana.

Wyjechałam z miasta i stanęłam nad brzegiem jeziora. „Albo teraz, albo już nigdy” – pomyślałam.

Powróciłam myślami do dnia, w którym zdecydowałam, że zostanę trenerem. Dlaczego to zrobiłam? Czy kiedykolwiek marzyłam o zrobieniu kariery w tym obszarze? Nigdy. Aż do dnia, gdy po rozwodzie prawie odchodziłam od zmysłów. Natrafiłam wówczas na wspaniałych ludzi, którzy zaczęli uświadamiać mi, że mogę żyć inaczej. Przypomniałam sobie o półroczu wykreślonym z życiorysu, gdy zaszłam w ciążę i gdy opuścił mnie pierwszy mąż.

„Tak! – uznałam. – Dość tego!”. Rzuciłam się w wir zajęć związanych z budowaniem siebie na nowo. To wtedy poznałam wszystkie cud techniki i metody, do których zachęcam teraz swoich podopiecznych. To wtedy w przypływie euforii podjęłam decyzję, że chcę dawać ludziom nadzieję.

Tyle że później zaczęłam się zastanawiać: „Nadzieję na co? Na to, że każdy ma w sobie potencjał? Że każdy – jak wielcy tego świata – może wstać i coś osiągnąć? Że każdy może zmienić swoje życie?”.

A teraz pytam: „Na jak długo ta zmiana wystarczy? Na ile prób wystarczy sił? Jak motywować innych, skoro sami siebie nie mogą udźwignąć?”.

I gdzie w tym wszystkim jestem ja? Co ja z tego mam? Stres, że wciąż jestem zbyt mało rozpoznawalna, zbyt mało zarabiam, w rezultacie doszło do tego, że w dzień pracuję w zawodzie, który chciałabym przestać wykonywać, a wieczorami piszę i dokształcam się?

W jednym momencie przestało mieć dla mnie znaczenie, ile wysiłku włożyłam w realizację swojego przedsięwzięcia. W jednej chwili wszystko straciło dla mnie sens. W jednej sekundzie mój umysł zaczął kalkulować realne finansowe straty, a moje ego zaczęło kłótnię z moim ja. A może moje ego to ja?

Wszystko zaczęło wymykać mi się z pod kontroli. Przestało mnie cieszyć to, nad czym tak uporczywie pracowałam.

Teraz pomyślałam: „Tylko jezioro i ja”. Prywatna przestrzeń na całkowicie prywatne przemyślenia. Tu nikt nie zobaczy mojego sfrustrowania, mojego zagubienia i moich łez, bo przecież trener to nie człowiek; on nie miewa uczuć, porażek czy gorszych dni. Jest wyciętym z kartonu ideałem z markowym zegarkiem na ręce i z przyklejonym uśmiechem.

Otworzyłam laptop i zaczęłam pisać. Na początku były to pojedyncze słowa, które po kilku godzinach zamieniły się w zdania. Już świtało, gdy popatrzyłam z dumą na swoje dzieło.

To był list do wszystkich osób, które kiedykolwiek miały wpływ na moje życie, a raczej którym pozwoliłam mieć wpływ na moje życie.

Przelałam wszystkie swoje słowa, emocje i uczucia, w jednej chwili zmieniające natężenie i rodzaj swoich myśli. Złość przeobraziła się w podziękowania. Bo jak mogę być zła na człowieka, który owszem, odszedł, ale dał mi najpiękniejszy prezent na świecie – mojego syna? Jak mogę złościć się na kogoś, skoro swoim odejściem zrobił mi przysługę – dzięki temu poznałam mojego drugiego męża, który chociaż nie chciał zawalczyć o mnie i o nasze małżeństwo, nauczył mnie kochać przyrodę, rozpalać grilla i czekać, cierpliwie czekać na to, co przyniesie kolejny dzień (czasami tak właśnie należy postąpić, bo takiemu cholerykowi jak ja obce było czekanie). Jak mogę złościć się na ludzi, którzy zawiedli mnie w biznesie? To przecież oni są moimi najlepszymi nauczycielami – odarli mnie z naiwności, a równocześnie utwierdzili mnie w wierze w moje wartości. Jak mogłam złościć się na siebie, że wydaję pieniądze na naukę, skoro to mnie rozwija i doprowadziło do Ciebie czytelniku. Ty również, dysponując odrobiną samoświadomości, dojrzysz, co robisz nie tak, i zaczniesz tworzyć nowe plany, korzystając zupełnie z innych strategii.

Gdy jest już po wszystkim, gdy osuszasz się z destrukcyjnych emocji, pojmujesz też, że nie każda osoba, którą uważałeś za swojego sprzymierzeńca, miała na uwadze twoje dobro. Dostrzegasz, ile błędnych przekonań, z którymi w ogóle się nie zgadzasz, zakotwiczyło w twojej głowie. Gdy emocje opadają i czytasz to, co napisałeś, już wiesz, kim jesteś, dokąd chcesz podążać i dlaczego zacząłeś to, co zacząłeś. Wiesz już, czy dalej iść tą drogą, czy zmienić kierunek.

Wówczas nikt nie jest wstanie cię zatrzymać. Po wewnętrznej rozmowie dochodzisz do własnej, subiektywnej prawdy, która wypływa z twojego serca. I nawet gdy chłodny umysł zaczyna kalkulować, a ego chce tobą manipulować – pozostajesz nieugięty. Trwasz przy swoich przekonaniach, niesplamionych naleciałościami i nieskrzywionych cudzym, na pozór przyjaznym uśmiechem.

Przeczytałam każde słowo. Każdemu słowu nadałam odpowiednią ważność. Przejrzałam je raz jeszcze, i jeszcze raz, czy przypadkiem nie zakradły się do nich cudze wskazówki.

Odłożyłam laptop i położyłam się. Gdy się obudziłam, już świtało. Zrozumiałam, że przespałam cały dzień i całą noc. Powietrze pachniało latem. Szłam po mokrej trawie, zastanawiając się, skąd czerpać energię życiową: z jądra ziemi, gdy nagie stopy dotykają ziemi, z promieni słonecznych, które oświetlają mi teraz twarz, czy z wnętrza siebie? Pochylając się nad tym tematem, nawet nie zauważyłam, kiedy zaczęłam biec. Czułam się najszczęśliwszą osobą na świecie – wolną i znajdującą się we właściwym czasie i o właściwej porze.

Po wejściu do domu otworzyłam wszystkie okna i przy muzyce ćwierkających ptaków wypiłam kubek pachnącej kawy. To właśnie wtedy padły najważniejsze pytania, na które udzielałam odpowiedzi bez zastanowienia, bo wypływały z mojego serca, z którym tym razem zgadzał się mój umysł. Poczułam w sobie pełną harmonię. Była tylko jedna ja. Powstała synergia, integracja personalna. To uczucie wciąż przywołuję, gdy stoi przede mną jakieś wyzwanie. Stało się moją kotwicą.

Pytania:

Ludzie mają potrzeby – jakie potrzeby innych chcę zaspokajać?

Ludzie potrzebują gotowych rozwiązań – jakie rozwiązania mogę im zaoferować?

Ludzi napotykają różne przeszkody – jak chcę im pomagać eliminować te przeszkody?

Ludzie przechodzą kryzysy – jak chcę łagodzić ich ból?

Ludzie odczuwają emocje – jakie emocje chcę w nich wywoływać?

Ludzie pragną korzyści – jaką korzyść mogę im zaoferować?

Każdy z nas pragnie się śmiać – jak mogę innym dawać uśmiech?

Zadając sobie kilka inspirujących pytań, bez zbędnych masek i obłudy odkryłam swoją misję i rolę, jaką chcę odgrywać w tym życiu.

Jestem na świecie po to, aby móc patrzeć, jak inny człowiek wzrasta dzięki własnej samoświadomości i jak zaczyna na nowo kochać swoje życie tak, jak ja pokochałam swoje. Jestem na świecie po to, aby szerzyć dobro i edukować innych. Jestem na świecie po to, aby inni też mogli doświadczać pozytywów płynących z integracji wszystkich płaszczyzn ich życia. Jestem na świecie po to, aby kochać i być kochaną.

Na tym mogłabym zakończyć mój list, ale jeśli to zrobię, nie przekażę ci mojej tajemnicy. Jest wyłącznie moja, utkana na bazie wielu lat doświadczeń i porażek. Utkana z łez i śmiechu, radości i smutku.

Minęło dwadzieścia lat od momentu, gdy odeszłam z domu. Od momentu, gdy nikt nie zgadzał się z moim tokiem myślenia i moim sposobem postępowania. Mimo uśmiechów wciąż spotyka mnie jedynie brak zrozumienia, którym przestałam się przejmować. Boli, oczywiście, że boli, bo każdy oczekuje i pragnie wsparcia najbliższych. Dlatego w takich momentach patrzę na zdjęcie mojego nastoletniego syna, zamykam oczy i przypominam sobie jego ciepłe słowa zrozumienia. W tym tkwi tajemnica – we wdzięczności za to, co mam; w umiejętności kotwiczenia w sobie uczuć, z których nikt nie jest w stanie cię okraść; w dostrzeganiu tego, co masz, zamiast skupiania się na brakach. Tajemnica tkwi w zrozumieniu własnych emocji – w poznaniu ich źródła i ich uzewnętrznieniu.

Ten list jest moją odpowiedzią na każdy przepełniony smutkiem dzień, na każdy przejaw złości i gniewu. Ten list pochłonął i zamienił na wspierającą każdą moją destrukcyjną emocję. Energia życiowa pochodzi z wewnątrz. Choć odrobinę przesuń horyzont, a zauważysz, że wszystko, czego potrzebujesz, jest w tobie.

Zostaliśmy na starcie wyposażeni w takie same zasoby. Bywa, że rodzice, otocznie, szkoła, religia – zmieniają cię, wdrukowując własne przekonania lub wręcz zmuszając do naśladownictwa. Dzieci są bezbronne, bo na początku kierują się tylko sercem – intuicją; to my je zmieniamy tak, jak kiedyś zmieniano nas.

Wioletta K.

Trener Integracji Personalnej

Polecane artykuły