25. Zanim odszedłeś

Oceń stronę/wpis

– Wypełnił całą moją przestrzeń, jest obecny w każdej sytuacji, w każdej minucie, dusi mnie, a świadomość uzależnienia doprowadza mnie do obłędu. Najgorsze jest to, że im mocniej staram się o nim nie myśleć, myśli o nim stają się jeszcze bardziej natarczywe. Naprawdę, Robert, mówię ci, że nie trzeba być obecnym tuż obok, aby czuć się przyduszonym.

– No nie trzeba też być obok, aby człowiek nie czuł się samotny. Świadomość jest niemożliwie obezwładniającą potęgą.

Tylko że ja nie mam świadomości, że nie jestem sama. To, że o nim myślę, wręcz pogłębia moje poczucie samotności. Gdy o nim myślę, jestem wkurzona, czasami do tego stopnia, że rzucam telefonem, najczęściej po jego lakonicznych wiadomościach. Mam dość jego obecności! – Słowo po słowie zwiększałam natężenie głosu.

– No tak, wyrzuć to z siebie i byle do przodu. – Robert spojrzał na mnie, ale jego wzrok nie wyrażał współczucia.

– Co? Co tak na mnie dziwacznie patrzysz? – zapytałam wprost.

– Ja dziwacznie, dziwacznie – powtórzył. – Co to za słowo?

– Słowo jak słowo, nie podoba ci się? – Patrzyłam na niego na wdechu, czekając na gradobicie.

– Nie no, słowo to tylko słowo, przecież nie ma znaczenia, czy wypowiesz je dziwacznie, czy dziwnie, mam rację?

Słowa mają znaczenie, przecież wiesz. „Dziwnie” brzmi zbyt łagodnie, dziwacznie… to tak jak różnica pomiędzy „jestem podenerwowana” a „jestem kurwiona”… A teraz nie wkurzaj mnie i powiedz, co mi chcesz powiedzieć, wprost!

– Po co?

– Jak po co? Po to, żebym nie musiała się domyślać, żebym nie musiała przeciążać umysłu tam, gdzie nie muszę. Żebym swoją energię mentalną pożytkowała na bardziej szczytne cele! – Wzrastało we mnie napięcie i nawet nie wiedziałam dlaczego. Czy możliwe jest, że od sposobu interpretacji używanych w tym dialogu słów?

– Na przykład na pisanie albo pozycjonowanie strony. Na to mogłabyś pożytkować? – Robert jest cholernie uparty, gdy sobie coś ubzdura, to nie odpuści, dlatego wciąż dręczył mnie swoim dziwacznym zachowaniem.

– Żebyś wiedział, to chyba lepsze niż koncentrowanie się na dziwacznych zachowaniach…

– Lub ich braku? – zapytał, przerywając mi.

– Braku czego? – Nie mogłam wyjść z osłupienia, obezwładnił mnie swoją dziwną taktyką.

– Zachowań!

– Tak lub ich braku. Proszę, mów, co masz na myśli, bo tracę wątek, sens tej rozmowy.

– O, proszę, gubisz się. Przestałaś pamiętać, o czym ważnym rozmawialiśmy?

– Gdyby to było ważne, może bym pamiętała… – Zatrzymałam się w połowie zdania, analizowałam to, co powiedziałam. Robert milczał. Po chwili poczułam, jakbym chwyciła lejce, i powstrzymałam swoje oszalałe myśli. Wydawało mi się, jakbym nagle zaczęła prowadzić zaprzęgnięte konie tam, gdzie ja chcę… – Po chwili wykrzyknęłam: – Ty draniu! – I zaczęłam szturchać Roberta w bok.

Bardzo często słyszymy, że należy uważać na własne myśli, na wypowiadane słowa, na nakręcanie siebie, ale w praktyce, podczas doświadczania życia, najnormalniej zapominany o tym i kierujemy się na wydeptane ścieżki zachowań.

Dopiero gdy emocje opadają, przypominamy sobie o prawach naszego umysłu, które ktoś próbował nam wbić do głowy. Padają kolejne obietnice i może przy odrobinie szczęścia (gdy zdajemy sobie sprawę, że natrętnymi, destrukcyjnymi myślami krzywdzimy samych siebie) poprosimy najlepszego przyjaciela, aby – jeśli to tylko możliwe – przypomniał nam o przyrzeczeniach. Dzięki Robertowi, jego znakomitej pamięci, nauczyłam się nie popadać w nawyki myślowe i mimo wszystko starać się funkcjonować. Inaczej zawaliłabym niejeden projekt lub zadanie tylko z powodu braku pewności co do uczuć faceta.

 

***

– Chcę wiedzieć już i teraz. I nie widzę w tym nic złego.

– Miłość rządzi się swoimi prawami, Wiola, to nie biznes – śmiał się Robert. – Nie możesz go poprosić o termin i cenę, jak to robisz w przypadku osób, z którymi współpracujesz. Po drugie jemu chyba nie wybaczyłabyś poślizgu…

– Uważaj, bo się zachłyśniesz – upomniałam rozbawionego Roberta. – A swoją drogą, dlaczego miałabym tego nie zrobić, przecież dużo par stawia sobie ultimatum? Albo się zdeklaruje, albo…

– No, albo co? Koniec miłości, figi na dupcię? Pakuj krawaty i idź szukać wrażeń przy innej? – Robert spoważniał. Dla niego miłość nie jest kompromisem, jeśli dwoje ludzi się kocha, to szuka rozwiązania dobrego dla obu stron. – Postawiłabyś mu ultimatum, bo go nie kochasz czy dlatego, że może go kochasz i boisz się go stracić, a tym samym uważasz, że deklaracją przywiążesz go do siebie?

– Przywiązać? Hm, to dobre… tak uczepić się jak bluszcz, przypominać o przysiędze, wywoływać w mężczyźnie poczucie lojalności, lęk przed tym, że jak zmieni zdanie, to całe otoczenie nazwie go draniem, zimnym, wyrachowanym palantem… nie, to nie dla mnie. Mnie chyba prześladowałaby myśl, że jest ze mną z poczucia obowiązku albo z litości, bo kto zechce mnie, kobietę w średnim wieku, z obciążeniem psychicznym i ciągłym niedoborem pewności siebie. O nie! – Spojrzeliśmy na siebie z Robertem, robiąc dziwne miny, bo moje słowa zabrzmiały trochę oskarżycielsko w stosunku do kobiet, które mają prawo myśleć i zachowywać się inaczej. Przerwał to zmieszanie uspokajającym nas stwierdzeniem:

– Chyba mamy prawo do własnych poglądów w kwestii damsko-męskich relacji?

– Na pewno mamy – zaczęłam się śmiać i wstając z kanapy, powiedziałam: – Chodź, przygotujemy sobie coś do jedzenia.

– Zrobiłaś zakupy? – nie ukrywał swojego zaskoczenia Robert.

– Czasami lubię zaskakiwać.

– No, czasami lubisz zaskakiwać pozytywnie.

– Co ty nie powiesz… – Przy desce do krojenia powróciliśmy do tematu miłości, a raczej do umiejętności jej wyrażania.

– Wiola, to co z tym ultimatum dla Ivy’ego? Będzie z miłości czy niemożności posiadania go?

kogo winisz za rozpad małżeństwa

 

– Robert, ja nawet nie wiem, co to jest, raczej wypieram myśl, że to miłość, może być namiętność, owszem, albo wiesz – nóż zawisł w powietrzu i zaczęłam mówić tak, jakbym się głośno zastanawiała – może to jest frustracja wywołana brakiem możliwości wyrażenia namiętności… tak… – Wychodząc z głośnej zadumy, zapytałam: – Nie sądzisz, może to właśnie to? – I powróciłam do krojenia pomidorów.

– Według mnie, jak zawsze w twoim przypadku, dążysz do czegoś, czego mieć nie możesz, przecież temat Ivy’ego wałkowaliśmy już nieraz…

– Hej – przerwałam Robertowi i zaprzestałam krojenia pomidorów – tak, ale to było dawno, w erze, w której jego drobne sprzeczności mnie bawiły, gdy on próbował mnie adorować obietnicami. Teraz wrócił, ale jakiś taki inny… i mnie już jakoś nie bawi jego chroniczny pech.

– Skończysz to krojenie? – Robert delikatnie odsunął nóż, którym – nie wiem, jakim cudem – wierciłam dziurę w guziku jego koszuli.

– Tak, tak, tylko mi tu o mojej pożądliwości nie opowiadaj…

– No to jeśli nie pożądliwość niemożliwego, to znaczy, że ci na nim zależy – spuentował dumnie swoje teorie Robert. – A swoją drogą to męcząca ta namiętność, ten wieczny brak pewności, niedowierzania, te pytania, które wciąż od ciebie słyszę…

Ja jestem wiecznie niepewna, niedowierzająca, szukająca dziury w całym – westchnęłam głęboko i jednym tchem zadałam szereg pytań, tylko że skierowanych nie do źródła moich kiepskich nastrojów: czy mnie chce? czy myśli o mnie poważnie? czy zadzwoni? dlaczego nie napisał? co o mnie myśli? za kogo się uważa? czy za mną tęskni? czy o mnie myśli? jak bardzo mu na mnie zależy? a jeśli mu zależy, to dlaczego nie robi tak, jak ja chcę lub pragnę? dlaczego go tu nie ma? dlaczego nie czyta w moich myślach? I tak dalej.

– Wiola, połowa z tych pytań nawet by mi do głowy nie przyszła, a już na pewno nie to, żeby coś udowadniać.

– A widzisz, a Ivy mi udowadnia.

– Co?

– To, że nie kłamie. To jedyne, co mi udowadnia, nic innego, a ja tak bym chciała, żeby mi udowadniał wszystko, no może nie trzy razy dziennie, ale każdego dnia, przed zaśnięciem – jęczałam coraz ciszej, niosąc stos kanapek do salonu.

– I tak cię słyszę – przerwał mi, krzycząc, Robert. – Marudzenie pod nosem nic ci nie da, co najwyżej utwierdzi cię w przekonaniu, że go nie rozumiesz.

– To ja już wiem – odkrzyknęłam – przynieś cytrynę i dziś mnie nie umoralniaj.

Robert stanął obok mnie, pocałował w czubek głowy i opiekuńczym głosem, gładząc po plecach, powiedział:

– Tak, Wiola, tak, dziś też nie pozwolę ci się dołować… Tylko mi jeszcze powiedz, co to z tym udowadnianiem, i obejrzymy jakąś komedię.

– Romantyczną?

– Nawet mi się nie śni. Film akcji, ale z poczuciem humoru – śmiał się Robert.

– E tam, ja chcę romantyczną.

– Tak, żeby sobie potem wkręcać, że ty też chcesz, żeby na środku parkietu wyznał ci miłość, najlepiej po burzliwym rozstaniu.

– Rozstawaliśmy się z Ivym już niejeden raz, mamy w tym wprawę… – Już miałam jęczeć dalej, gdy nagle ocknęłam się, jakbym nagle została oblana zimną wodą. – Wiesz co, nie musi mi dziś wyznawać miłości, ale tak, niech się zdeklaruje, niech pozwoli mi na bycie namiętną, na przeżywanie miłości, mówienie tych wszystkich czułych słówek, wyrażanie tęsknoty…

– Wioletta, ale ty też wiesz, że apetyt rośnie w miarę jedzenia. Gdy będzie sielanka, zapragniesz budowania intymności, a kiedy to osiągniesz, zaczniesz wymagać zaangażowania. I gdy związek będzie już pełny wszystkich składników miłości, zapragniesz podtrzymania tego stanu, a kiedy coś się zacznie chwiać, ponownie nie będziesz mogła utrzymać równowagi emocjonalnej. Oczywiście taki proces może trwać kilka lat, ale czy tego chcesz z nim? Skoro wymagasz od niego, aby udowadniał ci swoje szczere zamiary?

– A skąd ty możesz wiedziesz, że ja wymagałam od niego udowadniania szczerości…

– Bo cię znam i raczej nie znam faceta, który udowadniałby ot tak, że nie kłamie.

– Ale on to robił! Ja mu nie kazałam wysyłać zdjęć ze szpitala, a już tym bardziej zdjęcia jego lewej, nie, kurczę, czekaj, chyba prawej nogi…

– I go do tego nie sprowokowałaś? – Robert spojrzał mi w oczy i nie musiał słyszeć odpowiedzi, żeby triumfować.

– Ja tylko mu napisałam, że ktoś mnie okłamał, że nienawidzę tego, a to on zapytał, czy mówię o nim…

– W jakich okolicznościach mu to napisałaś? No, mów mi szybko.

– No… – jąkałam to słowo w nieskończoność, aż straciło swoje naturalne brzmienie.

– No? – przyspieszał Robert moją wypowiedź. – No!

– No w chwili gdy napisał, że jest w szpitalu i od siedemnastej czeka na wizytę, a było już chyba po dwudziestej pierwszej. Ale Robert – podniosłam nagle głos – dlaczego on wziął pod uwagę siebie?

– Bo ma pecha, bo zawsze mu coś wypadnie takiego, że trudno w to uwierzyć. Tak jak w dzień przed twoim wyjazdem: do dziś nie wiesz i jestem pewny, że nie wierzysz w to, że musiał pojechać do pracy, wierzę natomiast, że każde jego słowo tłumaczące daną sytuację wzięłaś za kłamstwo, a przynajmniej mu nie do końca wierzyłaś.

– Bo, kurczę, Robert, jak był w aucie i jechał w kierunku mojego domu, a ja byłam w mieście, to co za problem zawrócić, zajęłoby mu to z dziesięć, piętnaście minut. Jemu to lotto, że jadę na ponad miesiąc do kraju, że mnie nie zobaczy. Mieć możliwość i nie skorzystać z niej – dlaczego? Moim zdaniem to proste: jemu na mnie nie zależy! – Strzelałam słowami jak maszyna pieniędzmi, które lawinowo sypią się, gdy wygrasz w jednorękiego bandytę. – I jeszcze ten tekst, że za mną tęskni. Kiedy? Jak już jestem w Polsce! Bo co, bo nie ma poczucia, że jestem blisko.

Robert poczęstował się kolejną kanapką. Żuł ją bardzo starannie, patrząc na mnie jak na nafukaną kwokę, której ktoś ukradkiem wykradł z gniazda jajko. Przetarł sobie usta chusteczką, wziął dwa łyki herbaty i dopiero wówczas, nader wyrafinowanym głosem, rozbroił mnie:

– Bo widzisz, Wiola, on już taki jest. – I spokojnie kontynuował konsumpcję, zjadliwie się przy tym uśmiechając. Zrobiłam to samo: zamiast szastać opiniami, zajęłam się jedzeniem kolorowych kanapek.

W związku z tym, że słowa Roberta brzęczały mi w głowie, nie dosłyszałam sygnału informującego o nadchodzącej wiadomości.

– Nie sądzisz, że właśnie do ciebie napisał? – Robert puknął mnie w kolano.

– Dlaczego? – Popatrzyłam na niego zdziwiona, sięgając po telefon.

– Bo na niemiecki tylko on pisze.

– No tak, teraz już tak. – Na ekranie wyświetliły się dwa słowa: Gute Nacht, bo taki już jest.

Ciąg dalszy nastąpi w środę, sobotę i niedzielę. 

 

Witaj serdecznie,

bardzo dziękuję Ci za poświęcony czas. Mam szczerą nadzieję, że pierwsze kartki, wzbudziły w Tobie nie tylko chęć śledzenia historii głównych bohaterów tej książki, ale przede wszystkim wzmożył się Twój apetyt na emocjonalną podróż w głąb umysłu kobiety po czterdziestce, która wierzy, że każdy ma szansę na miłość.

Książka, Zanim odszedłeś, którą w całości za darmo ofiaruję Ci na moim blogu, jest kontynuacją pierwszej części zatytułowanej, Miłość odmieniana przez przypadki. I jeśli już teraz chcesz dowiedzieć się, o czym, w każdą sobotę, niedzielę i środę będziesz czytać, zajrzyj na stronę dedykowaną pierwszej książce. Wystarczy, że dotkniesz zdjęcia.

Będę na Ciebie czekać.

miłość odmieniana przez przypadki

Pozdrawiam Cię ciepło i dziękuje, że z nami jesteś,

Wiola

Masz jeszcze chwilę na relaks, więc naciśnij zdjęcie i wybierz coś wyłącznie dla siebie. 
opowiadania na zakręcie

 

 

Polecane artykuły