16. Zanim odszedłeś

5/5 - (1 vote)

Liczyłam każdy dzień bez jego wiadomości, narastała złość, o której dawno uprzedzał mnie Robert. A potem kupczyłam tym gniewem pod naporem czasowników i rzeczowników wypowiadanych przez niego w liczbie mnogiej. Raz po raz ulegałam mocarnemu „my” tylko po to, aby przeżywać emocjonalny orgazm.

Gdyby tylko można żyć bez jakichkolwiek oczekiwań, gdyby to było proste i łatwe, celebrowałabym każdą spędzoną z nim minutę, nie rozdzierałaby mnie na strzępy jego nieobecność, nie szukałabym rozwiązań, które czasami mnie samej wydają się chore. Zawładnęła mną znieczulica, zdradzanie go stało się moją obsesyjną strategią obronną przed zgubną relacją.

Raniłam jego ego, chociaż nie mógł tego wiedzieć, ale mi ta świadomość wystarczała – na krótko, ale dawała złudne poczucie izolacji od poczucia niedosytu. Niestety czegokolwiek bym nie robiła, jakkolwiek nie broniła się przed pułapką uczuć, i tak czułam się jak żaba w powoli gotującej się wodzie.

Pławiłam się na powierzchni, nie odczuwając, że zaczyna wrzeć. W tak przyjemny sposób można się ugotować! Ocknęłam się dopiero na tylnym siedzeniu jego auta, paradoksalnie w miejscu i chwili, których nie da się zapomnieć przez lata. Na tylnym siedzeniu pokazywał mi, że można iść na kompromis, że zamiast hotelowych ręczników wystarczą papierowe chusteczki.

W tamtej chwili uwierzyłam. Przez jego dłonie, które jak nigdy opuszkami palców dotykały mojej twarzy zamiast podbrzusza. I przez oczy, które wpatrywały się we mnie jak gracz, który postawił w kasynie ostatni żeton. I przez troskę, którą mnie otoczył, wycierając nie tylko mokre siedzenie pode mną, lecz także przez słowa, którymi tworzył barwny portret czasu, w którym nie mógł przyjechać.

Pierwszy raz tyle mi o sobie opowiedział.

W chwili, w której milczeliśmy, odnalazłam pasujące do mnie miejsce między jego ramieniem a obojczykiem. Wtopiłam głowę w ten dołek i uśpiłam swój umysł. Bezczelnie chciałam trwać w odurzeniu niezmąconym logiką. To wówczas po raz pierwszy poczułam, że miłość bywa prawdziwsza niż ta, o której piszą poeci.

A on… On swoim pocałunkiem zabił moją ostatnią szansę na wolność. Gdybym nie wstydziła się w momencie, w którym przyłożył usta do mojego czoła, odpłynęłabym mocniej niż podczas orgazmu. Zawstydzona jednak swoim pragnieniem zamknęłam jedynie oczy. Bałam się, że zobaczy w nich zwątpienie w umowę, którą przypieczętowaliśmy, gdy stwierdziliśmy, że łączy nas tylko seks.

Pierwszy raz tamtego wieczoru na pytanie, czy jedziemy, odpowiedziałam: „Nie”. Zupełnie przypadkiem rozpalił we mnie nadzieję skonstruowaną przez wyobraźnię.

Gdy spojrzał na mnie ostatni raz przed odjazdem, nie chciałam zrozumieć, że to był tylko taki dzień. Chwila słabości, chwila refleksji nad życiem i nad tym, co ważne. Wieczorem, leżąc w swojej pościeli, obezwładniona jego zapachem, poczułam ciężar, ucisk, zupełnie jakby kurczyła się przestrzeń między podłogą a sufitem.

Dusiły mnie wspomnienia jego słów. Dopiero wtedy pomyślałam o jego przyjacielu, przy którym spędził noc po wypadku, a który walczył o władzę nad własnym ciałem. Dopiero wtedy przyszła mi do głowy myśl o tym, jak pocieszał jego żonę i jak zabrał stamtąd ich dzieci. I jak przyjechał do mnie po wszystkim.

Nie wiem, czego szukał w moich ramionach, ale dałam mu to, tak bardzo się łudząc, że nie po raz ostatni potrzebuje mojej obecności.

A potem, gdy z każdą sekundą pękały kajdany, które opinały moje racjonalne myślenie, myśli o istocie naszego związku uwalniały w moim mózgu kolejną dawkę kortyzolu.

Już wiem, wiem, dlaczego ludzie lubią trwać w naiwności złudzeń. Dlaczego wolą kochać i nie przyznawać się nawet przed sobą, że czują się niekochani. Dlaczego nie odchodzą, choć dawno ich porzucono. Teraz wiem, jak olbrzymiego wysiłku wymaga takie wyzwanie.

„Nigdy więcej tego nie rób. Nie pokazuj mi, że umiesz inaczej. Nie rozpieszczaj moich zmysłów. Nie rań tylko dlatego, że miałeś gorszy dzień” – chciałam wyartykułować mu litera po literze. Już wiem, że to było nasze ostatnie rozstanie, bo żadne oczekiwanie w odniesieniu do ciebie nie wyjdzie poza sferę moich wyimaginowanych obrazów.

„Nie, nie jestem obrażona – odpowiedziałam mu na pytanie. – Wręcz przeciwnie – dzięki tobie mam pewność, czym jest prawdziwe kochanie” fragment z nieopublikowanego opowiadania.

A teraz szydzi ze mnie każde słowo, które mi pozostawił…

Ulżyło mi, osiągnęłam to, co chciałam. „Przepraszam, Wioletta. Spędziliśmy ze sobą bardzo fajne chwile, za które bardzo, bardzo ci dziękuję. Życzę ci samych sukcesów”. Pożegnalna wiadomość. Mam szczęście do rozstań z klasą, nawet gdy są to tylko słowa wystukane na klawiaturze, przepełnione uprzejmością, starannym doborem słów.

– Więc koniec. Tak po prostu koniec?

– No koniec.

– Ciekaw jestem, co odczuł, gdy przeczytał twoją wiadomość, bo jego słowa są tak wyrachowane, jak odmierzone za pomocą cyrkla i linijki. Żadne z nich nie wyszło poza szereg. Beznamiętne pożegnanie – ocenił Robert, który już powoli tracił orientację, co i z kim mnie łączyło.

– Ja myślę, że chciał, żebym go takiego znała, i nie do końca mógł się pogodzić z moimi zarzutami. No może z jednej strony mnie rozumiał, ale z drugiej nie potrafił pojąć, co ma piernik do wiatraka.

– Czyli co ma miłość do seksu?

– Myślę, że tak.

– Może… może w jego głowie jest kuty wzorzec kobiety zakochanej, która zgodzi się na każdy rodzaj relacji… Może dlatego nie pojmował, dlaczego ty go prowokujesz do rozstania, dlaczego nie jesteś miła i miła, przecież te chwile spędzone razem są tego warte…

– Poświęcenia?

– Bycia ze sobą…

– Wiesz, ja myślę, że on sobie nic nie myślał, nie miał na to czasu, wiesz, on zawsze zajęty, zapracowany, obłożony terminami…

Robert przerwał mi w połowie zdania:

– O tym wiedziałaś, gdy wchodziłaś ponownie do tej samej rzeki…

– Tak, masz rację, wiedziałam, ale jak tak do mnie pisał i pisał, to ja o tym zapomniałam…

– Miałaś nadzieję, że się zmieni? Nie powiem, że o tym rozmawialiśmy i…

– Nie. – Zatrzymałam się na chwilę przy tej myśli, bo może właśnie tak sobie wyobrażałam, że tym razem będzie inaczej, że będę kobietą jego życia, że mnie włączy do swojej codzienności, że będę jego pierwszą myślą po przebudzeniu i ostatnią przed zaśnięciem.

A może zabrakło mi cierpliwości, może mając prawie czterdzieści dwa lata, zaczęłam się spieszyć? Może już nie ma wówczas czasu na pisanie wiadomości pod kołdrą, na wyszukiwanie wymówek, dlaczego znowu go nie ma tam, gdzie ja myślę, że być powinien, czyli obok mnie. Może już szkoda mi każdej nocy, którą spędzam sama, przytulona tylko do jego wyobrażenia?

– Co teraz? – Robert spojrzał na mnie, jakby się obawiał o moje posiniaczone serce.

– Nic teraz. Teraz będę za nim tęsknić, oglądać zdjęcia, wyobrażać sobie, że spotykam go gdzieś przypadkiem, że spojrzy na mnie i nie zniesie sam siebie, że pęknie pod naporem mojego wzroku, błękitu oczu, w które spojrzy…

– Oj, Wiola, dobrze, że zdajesz sobie z tego sprawę, bo dzięki temu będziesz mogła starać się nad tym panować. Powoli odpuścić.

 

Witaj serdecznie, 

bardzo dziękuję Ci za poświęcony czas. Mam szczerą nadzieję, że pierwsze kartki, wzbudziły w Tobie nie tylko chęć śledzenia historii głównych bohaterów tej książki, ale przede wszystkim wzmożył się Twój apetyt na emocjonalną podróż w głąb umysłu kobiety po czterdziestce, która wierzy, że każdy ma szansę na miłość.

Książka, Zanim odszedłeś, którą w całości za darmo ofiaruję Ci na moim blogu, jest kontynuacją pierwszej części zatytułowanej, Miłość odmieniana przez przypadki. I jeśli już teraz chcesz dowiedzieć się, o czym, w każdą sobotę, niedzielę i środę będziesz czytać, zajrzyj na stronę dedykowaną pierwszej książce. Wystarczy, że dotkniesz zdjęcia.

Będę na Ciebie czekać.

miłość odmieniana przez przypadki

Pozdrawiam Cię ciepło i dziękuje, że z nami jesteś,

Wiola

Masz jeszcze chwilę na relaks, więc naciśnij zdjęcie i wybierz coś wyłącznie dla siebie. 
opowiadania na zakręcie

Polecane artykuły