Wypożyczony świat

Ja: Nie dręcz mnie słowem, spojrzeniem, nie karz za chwile, co karmią chude, zgłodniałe uczucia. Pozostaw mnie na dzień, na jedną noc… A jeśli ręki otwarcie podać ci nie mogę, odejdź… Dziś gardzę granicami moralności!

Ona: Nie masz prawa zmieniać biegu przyszłości! Gdy raz granice porzucisz, nie będzie mądrych słów na uwolnienie się od tęsknoty do spokojnej codzienności.

Ja: Codzienności? Kpisz ze mnie, z kobiety, której życie w szare warkoczy zaplótł los okrutny? Codzienności, która gorzkim medykamentem jest przez zaśnięciem? Codzienności, w której próżno doszukiwać się blasku szaleństwa, osaczającego tych, którzy trwają w miłości? Codzienności… czymże jest ta codzienność, niepodsycana egoizmem, ulotnymi marzeniami, chorymi urojeniami? Czymże ona, skoro dzielić jej nie mam z kim? … Milczysz? Szukasz odpowiedzi? Nic dziwnego. Ty nie wiesz, co to rozpacz samotności – masz mnie!

Ona: Milczę, bo staram się gęste i lepkie słowa twoje, krążące niczym sępy szukające litości, cedzić. Fałsz od prawdy odróżnić, naiwność od lęku oddzielić. Mając wrażenie, że odprawy grzechów oczekujesz za czas ukrócony komuś, kto teraz pokutuje za twoje lata samotności. Nie tłumacz się warunkami chwili, nie trwoń argumentów, bo przyjdzie ci za mnie zapłacić.

Ja: Analizujesz?

Ona: To, co twoje, od nie twojego odróżnić chcę ci pomóc.

Ja: Odejdź! Nic nie wskórasz. Odejdź, rozkuj kajdany, którymi trzymasz mnie na uwięzi, nie pozwól mi szarpaniem kaleczyć pustych dłoni. Decyzję podjęłam. Teraz tylko snu, snu mi potrzeba, by poczuć wschodzące słońce. Chwycić i dotykać opuszkami palców jego serce. Nie odbieraj mi naiwności, w której trwać chcę, okruchów miłości zebranych ze stołu Pańskiego. Nie szykanuj uczuć, co zmrożone latami nie odbijały się w błękicie oczu.

Ona: Ty naiwna, ty już jesteś naiwna, myśląc, że możesz mnie jednym gestem, słowem okrutnym odgonić, pozbyć się. Ale próbuj, próbuj i śpij, śpij, broniąc się przed trudem zapomnienia o przyzwoitości. A jeśli twoim życzeniem jest próbować, to spróbuj. Spróbuj tego, co skazane jest na niepowodzenie, za co zapłacić przyjdzie. Okrutny los splótł wasze serca tylko na chwilę. A gdy chwila ta pójdzie w zapomnienie w wypożyczonym świecie, nagość uczuć tylko popiół wspomnień ogrzeje.

Ja: To wystarczy, to wzbudza nadzieję.

Ona: Nadzieję? Na co? Na stanie się umarłą za życia marionetką prowizorycznych uniesień, co nie będą stronić od swojego upływu, co przyniosą kolejne rozgoryczenie. Nie drwij z losu za plecami czasu, który nie należy do ciebie.

Ja: Dlaczego wciąż przychodzisz, przedzierasz się przez szpary kruchych myśli, dostajesz przez krople emocjonalnego łoskotu. Dlaczego nie potrafisz przy szczęściu moim, może i ulotnym, milczeć a nawet cieszyć się. To tylko kilku minut uszczkniętych z jej lat!

Ona: Bogu i naturze bluźnisz, przemówić próbuję ci do rozumu!

Ja: Rozumu? Com uśpiła go, gdy tylko wskazówki splątały mój i jego świat, co zmrożony rozgrzeszenie daje, odwagi dodaje nieśmiałym oddechom rozkoszy?

Ona: Czy tak trudno ci pojąć, że za oklaski ciszą zapłacisz? Oczekiwaniem na chwile kradzione euforię po dniach, miesiącach lub latach stłumisz. Poparzona uczuciem strat, w czterech głuchych ścianach zrozumiesz, że szczęście przy nim grozić ci nie będzie.

Ja: Jakże boli to, co mówisz. Tniesz mnie swoim wyobrażeniem miłości, powieki unosisz, bym dostrzegała coś więcej niż tylko siebie i w to, co ulotne, nie wierzyła. Zmuszasz mnie, bym uczucia przesiewała. Dobro od złego odróżniała. Oglądam własne myśli, słowa… to tylko słowa. Krążące w rozdętym umyśle. Puste słowa, może w nie uwierzę. Niemrawo wstaje dzień… O MORALNOŚCI moja, jakże swoją obecnością mnie zmęczyłaś. Czy za to dasz mi na pocieszenie spóźniony sen?

Ona: Słońce dla was wschodziłoby tylko o północy, nie masz czego żałować.

Ja: Wiem.

Wioletta K.

Fragment z wkrótce wydanego zbioru „Krzyk”.

Recommended Posts