Wychodzę za mąż bo chcę pozbyć się…

– Czyś ty zwariowała? Myślisz, że ślub rozwiąże twoje problemy? Że kochanie przyjdzie z czasem? Że to tak etycznie?

– A co, mam czekać na księcia z bajki? Czy na tego idiotę, o którym i tak już zapominam!?

– Może, ale tego nie możesz zrobić, ja na pewno nie wezmę udziału w tej farsie!

– Przecież cię nikt nie zaprasza! – krzyczałam na Roberta, któremu broda trzęsła się jak nigdy dotąd.

– Ja wysiadam, ja, kurwa mać, wysiadam z tego przedziału, pociągu. Nie, kurwa, to już zrobił się ciasny bus, którym każesz mi w kółko jeździć. Ja jestem, cholera jasna, za stary na tego typu karuzelę. Nie mam siły ani ochoty. A jeśli ty jesteś pewna, że chcesz ten bilet posiąść za wszelką cenę, to proszę, bierz go i jedź, zobaczymy, na której stacji wysiądziesz i przybiegniesz boso do mnie, przybiegniesz, żeby płakać w mój mankiet! Ty durna kobieto!

– Ja durna? Ty, kurczę, jesteś taki mądry? Za każdym facetem obstawałeś: Nieznajomy – okej, może jest dla mnie, przecież taki szarmancki, Ivy – o, ten to już w ogóle z miłości do mnie to mnie nawet przykrył po czubek głowy i z miłości od trzech miesięcy się do mnie nie odzywa. A ja mam na niego czekać, bo może wyzdrowieje i zechce wrócić do Trewiru, a wówczas…

Robert złapał mnie za nadgarstki, ściskając tak, że poczułam, że żyję.

– Wioletta, proszę cię, proszę, nie rób tego Bonjowiemu. Skoro nie dbasz o swoje szczęście, to chociaż nie rób tego jemu. On przecież może poznać kogoś, kto go pokocha takim, jakim jest.

Łzy ciekły mi ciurkiem.

– A mnie, mnie kiedy ktoś pokocha?! Kiedy… powiedz. Czy tych pięć lat to nie dość, czy nie mogę tak po prostu wyjść za Bonjowiego? Przecież łączy nas wiele. Nie będziemy złą parą. Proszę, Robert…

Patrzyłam mu w oczy i wydawało mi się, że zmieniają kolor, kształt i spojrzenie co sekundę. Przybierał wyraz twarzy poszczególnych moich kochanków. W niewyraźnych grymasach dostrzegałam charaktery obcych facetów, nie słyszałam już słów Roberta, tylko grad ich deklaracji, a raczej niewiarygodnie umiejętne ich obejście. Nawet Bonjowi pod koniec rozmowy starał się decyzją za ślub obwinić mnie. Dbając o swoje ego, pragnął usłyszeć, że to ja za niego chcę wyjść. Ale jakie to ma znaczenie… To niewysoka cena za koniec samotnych nocy i poranną kawę podaną do łóżka. Przecież jest miły, sympatyczny, rozbawia mnie i rozpieszcza drobnymi prezentami oraz dużą dawką komplementów. Nie pali, nie pije, wspaniale tańczy, a jego ciało… niejeden trzydziestolatek by mu pozazdrościł. A to, że nie lubię się z nim całować, bo ślini moją brodę? Z tym już sobie poradziłam – nigdy nie rzucę palenia. To, że nie tęsknię za nim, gdy go nie widzę, nie wzdycham do jego zdjęć, że nawet nie wiem, jaką ma pracę… No jak mi ma to wszystko powiedzieć, skoro przez dwadzieścia lat nie nauczył się dobrze niemieckiego? Może ja zacznę mówić w jego języku… może warto, bo przecież zabierze mnie do Afryki, tak, on może. Może wiele, tylko rozkochać mnie w sobie nie potrafi. Ale cóż to jest ta miłość? Czym jest uczucie, które i tak po kilku miesiącach w nas zanika i pozostaje tylko przyzwyczajenie albo łączy ludzi kasa zapomogowo-pożyczkowa – jak to śmieje się Roberta kumpel, gdy ogląda się za innymi spódniczkami. A między nami może być coś więcej – możemy zostać przyjaciółmi, przecież ominiemy tylko pierwszą fazę kochania! Tyle możemy sobie ofiarować. Na przykład…

– Rozumiesz, co do ciebie mówię?! – Krzyk Roberta wyrwał mnie z obłudnego myślenia. Po chwili patrzenia w moje przepełnione rozgoryczeniem oczy dodał: – No chodź, wytrę te twoje łezki…

– Co, koszulą? Nie masz chusteczki? – wyłkałam zakatarzona przez łzy.

– Wypierzesz mi. O, no widzisz, skoro już tak bardzo chcesz komuś prać, to ja i moje skarpetki będę ci przynosił, tylko bokserki sobie będę zostawiał, bo wiesz, muszę mieć odrobinę prywatności. – Uśmiechnęłam się i przytuliłam głowę do jego ramienia.

Nie wiem, kiedy zasnęłam. Obudzona pod puchatym kocem Roberta nie chciałam otworzyć oczu. Zatapiałam tęsknotę we śnie, w którym padał niebywale biały śnieg. Pulchne płatki osadzały się na jego kędziorowatych, zbyt krótko przystrzyżonych włosach. Próbując łapać je prosto do ust, starał się wywołać we mnie śmiech.

– Woda Wioli, czysta i jeszcze przez nikogo niefiltrowana, woda. – Uśmiechał się przy tym tak jak na zdjęciach, które podglądam najczęściej w soboty.

Po chwili, całując mnie tkliwie za prawym uchem, zapytał:

– Jesteś teraz szczęśliwa?

Tak realnie czuję jego zapach, którym przesiąknął koc Roberta. A może używają tych samych perfum? Odgoniłam tę myśl i zaczęłam powtarzać w głowie odpowiedź, której Ivy w tej zimowej aurze nie zdążył usłyszeć. Byłam, Ivy, byłam szczęśliwa przy tobie… I nagle poczułam, że mam małe białe włoski na karku.

Kilka łez przedarło się przez zaciśnięte powieki. Tak czysta, niefiltrowana, niedotykana obcymi dłońmi, niezmącona wykrzywionymi słowami, objęta ufającym spojrzeniem. Miłość. Miłość, bez której żyć pod jednym dachem z mężczyzną raczej bym nie umiała. Nie zdążyłam ukryć pod kocem głębokiego westchnienia, gdy ususzałam:

– Zrobiłem ci, maleńka, kawkę, obiad też nastawiłem. No, to znaczy stolik u Benaka zamówiłem, na czternastą. Dasz radę do tego czasu przypudrować nosek?

Musiałam otworzyć oczy, bo oto stanął nade mną Robert, który trzymał w dłoni nie tylko mój ulubiony kubek, wypełniony po brzegi aromatem kawy, ale przede wszystkim odwzajemnioną miłością.

Wioletta K.

Szukasz odpowiedzi na trudne pytania? Sprawdź czy TU są.

Polecane artykuły