Wróć do mnie

Bardzo chciałam, żeby wszystko ułożyło się po mojej myśli.

Wiedziałam, że na pozytywne rezultaty będę musiał zapracować, że liczy się wytrwałość, cierpliwość, systematyczność, a jednak raz po raz dzwoniłam do Roberta, aby zwalniać siebie z obietnicy danej samej sobie.

– Co u ciebie? – zapytałam, choć sama nie słyszałam entuzjazmu w swoim głosie.

– U mnie tak jak ostatnio – usłyszałam. – Czekam, aż pójdziemy na obiad albo kolację – rzucił Robert kąśliwie.

– Mam tyle pracy…! Zawsze po powrocie do domu czuję się przytłoczona poprzednim dniem.

– Poprzednim? – zapytał zaciekawiony Robert. – A może wydarzeniami przed przyjazdem? – dodał.

– Ach, szkoda słów. Nie tylko czuję oddech wczoraj na plecach, lecz także ten z dnia przyjazdu. Miało być zupełnie inaczej, a okazało się, że zmarnowałam dwa tygodnie na patrzenie w ekran czarnej skrzynki i opieranie się o parapet okna – podsumowałam, próbując odwrócić uwagę Roberta i zrzucić winę na pracę.

– Czyli jesteś bardzo zmotywowana do tego, aby nic nie robić, i robisz wszystko, aby osiągnąć swój cel, tylko nie umawiasz się ze mną na dobre jedzenie? – zapytał ironicznie, chociaż wiedział doskonale, że tak właśnie jest z motywacją.

Milczałam. Zaczęłam na zimno kalkulować swoje postępowanie z ostatnich dni. Tak, chyba robię wszystko, aby emocjonalnie znaleźć się na dnie, aby napawać się swoją przegraną, odebrać zasłużoną nagrodę w postaci straconych godzin. Obiad w dobrym towarzystwie może poprawiłby mi humor, ale nie wiem, czy właśnie na tym mi zależało.

– Jesteś tam? – zapytał Robert, znudzony głuchą ciszą.

– Chyba masz rację – odparłam. – Czuję, jakbym oszukiwała sama siebie – dodałam. W moim głosie zabrzmiało echo jego pytania.

Czy jestem tam, to znaczy tu? Dlaczego tak bardzo upieram się, by siedzieć w domu i powoli więdnąć? Przecież przyjechałam z tak ogromnym zasobem energii mentalnej…! Miałam góry przenosić, a przenoszę jedynie tyłek z kanapy na krzesło. Co mnie powstrzymuje przed zrobieniem sobie przerwy w użalaniu się nad skończonym epizodem z życia singielki? Co nakazuje mi odmówić Robertowi po raz kolejny?

Zebrałam wszystkie siły i wytoczyłam najcięższe działo przeciwko niewytłumaczalnemu zachowaniu. Wycelowałam je prosto w swój umysł.

– To na którą się umawiamy? – zapytałam. – No chyba, że nie masz dziś czasu.

– Poczekaj, niech pomyślę – usłyszałam pełne wahania słowa Roberta, zupełnie jakby odłamek pocisku trafił w niego – bo może teraz to ja nie jestem dość zmotywowany, aby ulec twoim chwilowym nastrojom?

Znam ten jego ton; to kara, którą muszę przyjąć z pokorą. Chociaż nie, nie muszę.

– Moje nastroje, Robercie, kochasz bardziej niż mnie – rzuciłam w odwecie – bo wiesz doskonale, że to one czynią nas ludźmi. Cóż poza słowem mogę ci zaoferować? Tylko mój sposób bycia! – Dumnie odparłam atak.

– To ja zamawiam twój nastrój w tej różowej sukience, która poprawia mój nastrój. Nie przychodź na obiad dziś o szesnastej w tym szaroburym kostiumie, który z daleka krzyczy: „Jestem zdruzgotana! Ratuj moją samoocenę!”.

– Czyli dziś o czwartej jemy obiad? – podsumowałam pospiesznie to, co mój mózg uznał za najcenniejszą informację.

– Resztę też usłyszałaś? – upewniał Robert i mnie, i siebie.

– Tak, tak, żadnych przygarbionych myśli! Mam być przepełniona frywolnymi uczuciami.

Dwie godziny później otworzyłam szafę.

Każda czarna rzecz wydawała się idealna na dzisiejsze popołudnie. Do różowej bluzki nie miałam spodni, niebieska sukienka dziwnie się skurczyła, a zielona koszula miała plamę tuż pod lewą piersią. Już prawie wcisnęłam się w żółtą sukienkę, gdy nagle poczułam, jak ponownie ogarnia mnie rozczarowanie. Sukienkę odrzuciłam w kąt, do którego najchętniej postawiłabym siebie. Mogłabym nawet udawać lampę, gdybym tylko wiedziała, że to pozwoli mi zapomnieć o braku satysfakcji z dzisiejszego dnia.

„Minął studencki kwadrans – nagrał Robert na sekretarce. – Albo odbierzesz, albo idę po ciebie”.

Wytarłam zakatarzony nos i oddzwoniłam.

– Możesz pomóc mi się ubrać? – wydukałam do słuchawki.

– Zakładaj te niebieskie dresy – rozkazał Robert. – Już? – dodał po chwili.

– Tak – posłusznie odpowiedziałam.

– Teraz białą koszulkę i zieloną bluzę – dodał i odczekał chwilę. – Teraz trampki.

„Dyrygowanie ma we krwi” – pomyślałam i nagle się ocknęłam.

– Nie mam – powiedziałam trochę głośniej. – Nie noszę trampek.

– Oj, pewnie ma je ta druga – silił się na żart. – Ty załóż te swoje różowe pepegi.

– OK, zakładam i idę – udawałam, że ten staromodny żart wcale mnie nie rozbawił, ale czy można oszukiwać przyjaciela? – Uwielbiam samą myśl, że cię mam, Robercie – powiedziałam, chociaż wiedziałam, że narażam się na sarkazm albo ironię z jego strony. Po tylu latach przyjaźni mogę ścierpieć jego niewysublimowany żart.

– Poczekaj! – wykrzyknął Robert. – Zmyłaś te sińce pod oczami?

– Już, zaraz – rzuciłam. Ucieszona z faktu, że się pomyliłam, nie opierałam się jego rozkazom. Wiem, że czerpał dziką przyjemność z wyciągania mnie z opresji, ale wiem również, że kiedyś odbiję to sobie z nawiązką.

– Tu jestem! – krzyknął, widząc moje wlekące się ciało. Objął mnie. – Zamówiłem na wynos – powiedział. – Jedziemy na piknik.

Czasami ty jesteś filarem, a czasami ktoś podtrzymuje ciebie. Nieważne, ile razy polegniesz; najważniejsze, aby dać sobie szansę na nowy początek lub pozwolić komuś zaprosić się na piknik.

Polecane artykuły