Winny! Mit czy skuteczna metoda na przetrwanie

Kiedy wchodzimy w nowy związek wciąż się zastanawiamy, czy to, co jest teraz

takie piękne będzie trwać wiecznie, czy któregoś dnia czar pryśnie? Oczywiście

dotyczy to nas, singielki z odzysku. Najczęściej doświadczenie nakazuje nam

zachowywać się z wielką dozą ostrożności. Przecież ostatnie rany są jeszcze

świeże, chociaż czasami okazuje się, że upłynęły 3 lata. Obserwujemy bacznie

każdy krok nowego partnera wyczekując jego potknięcia.

Nie jestem tego pewna, ale nawet po rozmowie z moją bliską koleżanką to

okazuje się, że takie obsesyjne pytanie dopada nawet kobiety, które po prostu

leczą jedną utraconą miłością kolejną. Maję tylko o tyle lepiej, że po mimo

ciągłego zadręczania się, jak to się skończy (jeszcze, zanim się na dobre

zaczęło), rzucają się wir nowych flirtów i znajomości.

No i fakt jest taki, że większość kobiet z żalem lub ironią przyznaje, że się nie

pomyliły. Zanim dobrze się zakotwiczyły w związku nowy facet odpływa lub

jest spławiany. Czarnowidztwo okazało się prawdą. Niemalże w jednej chwili

kobieta dochodzi do wniosku, że większość – przepraszam panowie za

wyrażenie, facetów to palanci i cynicy pozbawieni głębszych uczuć. W dodatku

tak potrafią się kamuflować, że trudno rozpoznać, który nadawałby się na

potencjalnego partnera. Przecież każdy wygląda i zachowuje się tak samo!

Nie ma siły, aby tak nakręconą kobietę przekonać, że przecież są pary, które

zeszły się, będąc już nawet po kilku poważnych związkach i żyją długo oraz

szczęśliwie. Raczej z góry uznajemy to za mit!

Skoro mi się nie przytrafiło, to komu? Czy mamy wierzyć we wszystko, aby

tylko z kimś być? I tak następna zraniona kobieta, gdy już kogoś poznaje to

tworzy kolejną barierę, oczywiście nie bez powodu, w końcu to doświadczenie

nas kształtuje.

Dodatkowo ma w ręku tak silne argumenty mówiąc, iż mitycznego nastroju

optymistycznym historyjkom dodaje fakt, że nigdy nie wiadomo na kim się

wzorować! Media wciąż piszą o kolejnych rozwodach sławnych gwiazd,

politycy są w stałych związkach bo tak wypada, a tylko w zeszłym roku

rozpadło się 65 tysięcy! par. Więc komu przydarza się szczęśliwy i udany

związek po związku – kopciuszkowi?

I kto wymyśla takie bajki? Dlaczego nigdy nie znamy osobiście takiej kobiety,

dlaczego to przydarza się zawsze znajomej czyjejś znajomej?

W związku z tym pytam ponownie, kto rozpowiada plotki, w które złudnie

wierzymy a potem zostają tylko łzy? Może to kobiety, które chcę się pocieszyć i

iluzorycznie wierzyć, że jeszcze wszystko przed nimi? Ale jeśli tak, to czy nie

krzywdziłyby tym same siebie? Karmić się pozornością, po co? Aby przetrwać?

Aby cieszyć się kolejnym przypadkowym i w konsekwencji beznadziejnym

związkiem?

No cóż wydawałoby się, że ja za wiele też nie mogę wypowiedzieć się w tym

temacie, bo chociaż czułam się, gdy poznałam mojego drugiego męża, jak w

bajce, to czar szybko prysł. Było pięknie ale nie do śmierci, nie biorąc pod

uwagę Ryśka, moją świnkę morską, która mogła by powiedzieć, że byliśmy ze

sobą aż do jej ostatniego tchnienia.

A jednak zastanawiam się wciąż, czy było coś o czym zapomniałam, albo czego

wówczas nie byłam świadoma, a co mogło przyczynić się do zaciśnięcia więzów

a nie ich rozpadu? Tak się zastanawiam ponieważ mam poważne zamiary zacząć

wszystko od nowa. Ale czy jestem na to gotowa? Czy wiem, co poszło nie tak?

Z czym sobie nie poradziłam? Co mnie przerosło?

Bo bądźmy szczerzy związek tworzy dwoje ludzi i do jego rozpadu również

przyczyniają się obydwoje. Naturalnie, są sytuacje, gdy rozpad jest konieczny i

lepiej szybciej niż później, ale takich przypadków tu nie poruszamy, są to zbyt

indywidualne sytuacje. My tu tak ogólnie rozważamy, czy kobieta jest w stanie

przyznać się do tego, że jednak ponosi odpowiedzialność za to, jak to się

skończyło, że się w ogóle skończyło. Może mitem jest to, że całą

odpowiedzialność ponosi mężczyzna? Czy my jesteśmy ideałem?

Tak, jak się zdeklarowałam jestem gotowa na kolejny związek. Mało tego, ja

wiem, że ten następny będzie udany, wprost idealny i nie używam tu sarkazmu.

Tak jak już pisałam pewnego dnia naszło mnie i zaczęłam analizować, co poszło

nie tak w tym ostatnim. Zawsze uważałam, że zrobiłam wszystko, co mogłam a

winę upatrywała w tym, że nie było w naszym związku dialogu. Jednak, gdy

zagłębiłam się dalej uznałam, iż od początku wiedziałam, że mój partner nie

potrafi słowa wyksztusić, gdy dochodzi do poważnej rozmowy. Byłam tego

świadoma od niemalże pierwszej randki. Wówczas nie przeszkadzało mi, że nie

mamy wspólnych tematów i że nie wiem, jakie myśli chodzą mu po głowie.

Uważałam, że widzę – nie jesteś ślepa. Ja widziałam, co on do mnie czuje ale

dostrzegałam z upływem lat tego coraz mniej. I wówczas zaczęło mi to

przeszkadzać. Brak rozmowy.

Czy nie wydaje się tobie, że  za mało pytań stawiamy sobie? Czy gdybyśmy

umiały wykorzystać przestrzeń i czas pomiędzy związkami na poznanie siebie,

to czy nie uniknęłybyśmy wielu rozczarowań? I czy nie jest prawdą, że brak

zaufania do samej siebie, do swojego wyboru kształtuje naszą przyszłość w

kolejnym związku. Czy pewność siebie a w szczególności odkrywanie siebie, bo

pod wpływem doświadczeń zmieniamy się, zmieniają się nasze wartości i nasze

priorytety, czy znajomość swoich oczekiwań w stosunku do partnera jeszcze

przed jego wyborem nie eliminowałaby pierwszego zdania dziś tu

przeczytanego, czy nie eliminowałaby obaw „kiedy ten czar pryśnie”?

To jak zachowuje się kobieta, która nie kieruje się starym doświadczeniem a

otwiera się na zupełnie nowe? I zamiast czarnowidztwa wierzy, że sama może

kreować swoje życie chociażby po przez myśli i emocje? Czy wówczas

czekałaby na potknięcia partnera?

Każdy mit zasługuje na swojego bohatera, wiedząc czego tak naprawdę chcemy

może być nim każda z nas.

Pozdrawiam, Wioletta Klinicka

Polecane artykuły