W potrzasku diagnozy 2. – Miłość na kozetce 6.2

– Pół roku temu postanowiliśmy się z żoną rozwieść – zaczął mówić, zanim poprosiłam, by usiadł. – To miał być bezbolesny rozwód. Oboje stwierdziliśmy, że jesteśmy w związku nieszczęśliwi. Wszystko zostało ustalone, wszystko podporządkowane dzieciom, tak aby w jak najmniejszym stopniu odczuły rozpad małżeństwa. Latem pojechaliśmy na wspólny urlop. Nie pamiętam, kiedy ostatnio tak dobrze się bawiliśmy, oboje z żoną doszliśmy do wniosku, że to zapewne wynik naszej decyzji: zeszła z nas presja, nacisk, wzajemne oczekiwania, wybaczone zostały rozczarowania. Dwa dni przed wyjazdem żona zemdlała, w szpitalu padła diagnoza: rak piersi. Rak piersi, rozumie pani, co to oznacza dla kobiety? Co to oznacza, dla kobiety, która właśnie ma się rozwieść? Co to oznacza dla mężczyzny, który był szczęśliwy, że odejdzie z tego cholernie chorego układu, opartego na poczuciu obowiązku, a nie na miłości czy pożądaniu? Po postawieniu diagnozy nasza decyzja wydała się tylko snem. Skupiliśmy się na zdrowiu żony, to przecież normalne, takie naturalne, ona i jej życie były najważniejsze. Patrzyłem na nią czasami, jak spała, i myślałem o tym, skąd czerpie siłę, bo była i jest taka dzielna. Nie użalała się nad sobą, nie panikowała. Płakała czasami, wiem, znam ją od piętnastu lat, ale płakała tylko wtedy, gdy myślała, że ja już śpię, lub gdy nie było mnie w szpitalu. Jak tylko mogła, dbała o nasze córeczki…

Marek lekko się uśmiechnął. Robił wrażenie bardzo dumnego ze swojej rodziny, ze swojej żony. Tylko o sobie nie powiedział jeszcze nic.

– Wie pani, kiedy po raz pierwszy przypomniałem sobie o rozwodzie, o planowanym niedawno rozwodzie? – Nie czekał na moją odpowiedź. – Kiedy po raz pierwszy od trzech miesięcy poczułem poranny wzwód? Żałosne, prawda? Jakie to żałosne. – Próbował zakrywać twarz, ale była w nim jakaś siła, która na powrót układała jego dłonie na oparciach fotela. Ściskał je czasami, ściskał tak mocno, że aż odczuwałam siłę tego uścisku we własnym żołądku.

Nie mogłam pozbierać myśli, nie mogłam wyobrazić sobie, co oboje czuli. Nie mogąc wczuć się w czyjąś sytuację, robię się niespokojna, bo taka niemoc ogarnia człowieka, niemoc w okazaniu pełnej empatii, takiej, którą człowiek pałałby do siebie w podobnej sytuacji. A on kontynuował:

– Męski przywilej, taki, który jest pożądany, bo wówczas wiemy, że jesteśmy w pełni sprawni, tego ranka wzbudził we mnie ogromną złość. Potworną złość, która zrodziła obrzydzenie do siebie samego. Gdy spojrzałem na żonę i nie poczułem nic, wolałem iść pod prysznic i sam siebie zaspokoić, niż jej dotknąć. – Wstał, zaczął chodzić po pokoju z dłońmi splecionymi na karku. A kiedy nawet głębokie oddechy nie mogły go uspokoić, wykrzyczał: – Popieprzony samiec, kurwa mać! – Kiedy mu trochę ulżyło, dodał: – Tej myśli nie umiem znieść. Czuję do siebie wstręt. – Po chwili kontynuował: – To był piątek, pojechaliśmy na konsultacje. W poczekalni były dwie kobiety, dwie pacjentki, same, wyglądające na samotne. Żona się zamyśliła. Nie usiadła obok mnie, byłem zszokowany, bo zachowała się tak, jakby się wstydziła, że jest tam ze mną. Atmosfera była tak ciężka, że po raz pierwszy od dziesięciu lat miałem chęć wyjść i zapalić. Od tamtego dnia zmieniła się w stosunku do mnie. Stała się oziębła, chwilami nawet opryskliwa lub całkowicie ignorowała moją obecność, a na wizyty jeździła z przyjaciółką. W pierwszych tygodniach myślałem, że w ten sposób wyraża złość, na którą nigdy wcześniej sobie nie pozwoliła. Przecież miała prawo, nawet powinna oczyścić się z całego tego ciążącego jej cierpienia. Z biegiem czasu zacząłem podejrzewać, że zachowuje się w ten sposób z premedytacją. Pewnego dnia nabrałem pewności. – Marka twarz zmieniła się, chęć kontrolowania swojego stanu emocjonalnego dawno się ulotniła, teraz pozwolił sobie na obnażenie się przed samym sobą. – Zasnąłem na kanapie. Podeszła, usiadła i lekko oparła głowę o moje ramię. Poczułem jej zapach, ciepło i takie uczucie subtelnej miłości. – Wziął głęboki oddech. – Nie trwało to długo, wyszła po cichu. Rano zobaczyłem na stole białą kopertę, do dziś jej nie otworzyłam, wiem, co w niej jest. – Marek dostrzegł moje zaciekawienie na twarzy, więc dodał: – Nie, nie skorzystam, będę kochał jej jedną pierś za dwie, jeśli mi pozwoli.

KONIEC

Wioletta K.

Książka Miłość odmieniana przez przypadki to nie tylko lektura, to także próba wejrzenia w stan umysłu kobiety po czterdziestce, która poszukuje partnera w sieci. Przymierza mężczyzn do siebie niczym wykwintne stroje, oczekując, że znajdzie fason, który wydobędzie z niej wszystko, co najlepsze, który okiełzna jej namiętności.

Zawarte w tej książce rozżarzone emocje przenoszą czytelnika w trójkąt poglądów na temat relacji damsko-męskich. Wraz z kolejną kartą wzrasta napięcie, które odczujesz pod każdym centymetrem swojej skóry.

Bohaterka, zaplątana pomiędzy złudzeniem a światem realnym, poszukuje odpowiedzi na pytania, które pomogą jej zrozumieć nie tylko siebie, ale i relację, w jaką się uwikłała. Pomiędzy prawdą a fałszem wzrasta cielesne pożądanie i znikają granice pruderyjności.

Przypadkowe słowa, przypadkowe gesty, przypadkowe zwierzenia wywołują migotające w umyśle myśli, które stają się drenażem dla logicznego myślenia. Spadek ostrego widzenia u Wioletty pohamować może tylko osoba stojąca z boku, umiejąca trzeźwo spojrzeć na sytuację i pomóc rozładować pojawiającą się niepewność. Tą osobą możesz stać się Ty, zastępując Roberta, ponieważ autorka książki pozostawia przestrzeń, którą możesz wypełnić własnymi przemyśleniami, wnioskami, aby kolejno przełożyć je na reakcje.

Książka Miłość odmieniana przez przypadki jest dla tych, którzy czekają na miłość, i tych, którzy czują, że bledną uczucia.

DLACZEGO?

Miłość nie jest uczuciem stałym – chociaż chcielibyśmy w to wierzyć i stałości tej emocji pragniemy najbardziej. Prawda może być niewygodna, ale miłość podlega ewolucji. Z drugiej jednak strony to dzięki zachodzącym zmianom jesteśmy w stanie trwać w związkach.

Polecane artykuły

Skomentuj wpis