Tego nie mogę Ci dać

Bardzo długo nosiłam się z zamiarem napisania tego felietonu. Niby miałam cały tekst ułożony w głowie, a jednak wciąż nie umiałam przelać go na papier. Może, dlatego, że po mimo wszystko wierzę w człowieka i chcę wierzyć w człowieka.

Artykuł miał się ukazać w miniony piątek. Ale rozmyślając nad tematyką wsparcia wciąż nasuwało mi się, że przecież wystarczy jedno zdanie „ ludzie się nie wspierają wzajemnie” i koniec, co tu roztrząsać. Takich przykładów z życia, jak moje każdy może podać niezliczoną ilość.

Byłam tak podekscytowana, gdy pisałam moją pierwszą w życiu pracę. Byłam z siebie taka dumna i chciałam się jej treścią podzielić z najbliższą mi osobą – z moim mężem. Ładnie wydrukowałam oprawiłam i podarowałam mu z gorączkowym oczekiwaniem na opinię. No i się nie doczekałam.

Gdzieś w żołądku mnie zakuło, kiedy na pytanie, dlaczego tego nie przeczytał, odpowiedział, że to zbyt fachowy język i w większości nie rozumie, o czym mowa?

Rozumiem, że nie musimy w związku podzielać entuzjazmu drugiej osoby, rozumiem, że nie musimy mieć wspólnych pasji. Ale gdy już interesujemy się czymś innym, to nie było by miło gdybyśmy mogli o tym rozmawiać podczas kolacji lub na spacerze? Czy jedynymi tematami w związku muszą być pieniądze, rodzina i kto co dla kogoś zrobił?

Mam przyjaciela. Łączy nas wspólna pasja do historii starożytnej. Troszkę inne zagadnienia, ale najważniejszy wspólny język. Mogę godzinami słuchać o jego najnowszych odkryciach i analizach. Przy tym jest tak zabawny, że któregoś dnia stwierdziłam, iż jego żona to musi być z niego dumna. Wiem, że młode małżeństwo, na dodatek pracujące i wychowujące dziecko, ma wiele przyziemnych spraw na głowie, ale czy to jest dostateczny powód, aby mówić o pampersach w chwili, gdy mąż dzieli się właśnie swoimi nowymi przemyśleniami?

Doznałam kiedyś takiego uczucia i nie mogłam tego zrozumieć. Opowiadałam właśnie mężowi o tym jak fascynujące jest uczestnictwo w badaniach nad upadkiem morali Rzymian u schyłku Republiki, gdy on niefortunnie otworzył usta – spójrz, powiedział, jakie piękne niebo. Niebo było cudowne, mieniło się wieloma kolorami czerwieni, ale w tym momencie moje uczucia też zapłonęły. Przykrość rozpaliła moje serce. Wiem, że ten widok był niepowtarzalny, ale czy Ed patrząc na niebo, kierując autem, słuchał mnie?

Kiedyś zapragnęłam malować. Czarnym węglem po płótnie. Tak sobie wyobraziłam siebie, siedzącą przed sztalugą. Nie mam pojęcia czy mogłabym to robić, czy mam talent, ale poprosiłam męża, aby kupił mi potrzebne narzędzia. Tak w prezencie. Nie doczekałam się, bo stwierdził, że raczej to do mnie nie podobne. Innym razem chciałam szyć, a jeszcze innym zostać handlowcem. Zawsze byłam jak małe dziecko we mgle, które poszukuje swojej drogi i pasji. Ale czy to źle? Czy będąc już w średnim wieku nie możemy wciąż odkrywać siebie na nowo? Czy nie jest tak, że w tych poszukiwaniach powinniśmy być wspierani? A może błędne jest takie oczekiwanie?

Czyż nie jest tak, że gdy wierzymy w kogoś to nieważne czy zrobi daną rzecz dobrze, bardzo dobrze, czy profesjonalnie to dla nas ta osoba jest wyjątkowa w tym, co robi?

Moje dziecko, czy wiecie, że każdy nastolatek, nawet ten, który słucha na kanapie muzyki ma swoje marzenie? I gdzie one lądują, gdy nie wspieramy naszych dzieci?

A czy nie jest tak, że najczęściej wspieramy w dzieciach to, co jest dla nas wartościowe. Od lat trwa dyskusja w temacie, czy dzieci powinny mieć własne zdanie chociażby przy wyborze szkoły? U mojej siostry dwójka dzieci samodzielnie wybierało szkołę średnią. Oboje prowadzą bardzo różne od siebie życie. Siostrzenica jest wykształcona, udziela się charytatywnie i właśnie dostała wymarzoną pracę. Siostrzeniec to wieczny marzyciel i wciąż wplątuje się w jakieś kłopoty. Ale na pytanie, co u niego zawsze odpowiada, że jest szczęśliwy.

Mój syn od dwóch lat udziela się w sieci. Prowadzi własny kanał na Youtube, tworzy, jest artystą, graczem i grafikiem. I chociaż serce mi krwawi, gdy widzę go godzinami przykutego do fotela to, co ja mogę, skoro jest to jego cały świat? No może tyle, że położyłam mu karnet na siłownię, bo do póki mogę wpajam mu, że musi dla zdrowotności się ruszać. I tak sobie mogę teraz, ale zapewne już nie zbyt długo. Teraz stoi przed wyborem szkoły i chociaż marzyła mi się dla niego medycyna to wiem, że nie mam nawet szans. I dobrze, bo ważne jest, aby był szczęśliwy. A moją rolą jest go wspierać. Wspierać w realizacji marzeń.

I czy nie jest tak, że zachowanie swoje wynosimy z domu? Byłeś/Byłaś wspierany to potrafisz wspierać innych?

Czyż nie są to wam znajomy przykłady? Takie najprostsze, gdy albo wspieramy albo się wykręcamy od tej roli?

Czy nie jest często w związkach tak, że wspieramy swoich partnerów tylko wówczas, gdy jest to dla nas wygodne albo korzystne? Odkąd pamiętam lubiłam, gdy ktoś miał swoją pasję. Ale to nie oznacza, że tak było zawsze. Chyba dorosłam do tego, gdy patrzyłam na swojego męża, który nie robił moim zdaniem nic.

Ale czy ja sama nie zabiłam w nim jakiejś pasji, o której istnieniu nawet nie miałam pojęcia. Nasz związek to wieczne rozstania, on pracował w delegacji, a gdy przyjeżdżał chciałam, aby każdą wolną chwilę spędzał ze mną. Miałam nawet swój tekst i wytłumaczenie, że ja nie jestem zazdrosna, a zaborcza. Bo w chwili, gdy go nie ma przy mnie może robić cuda na kiju, ale jak jest ze mną to ja decyduję, co robimy wspólnie.

Minęły lata zanim zachciało mi się, aby chociaż raz poszedł na ryby, aby zaczął może grać w kosza, albo cokolwiek, oby tylko był bardziej dla mnie interesujący. Dziś wiem, że mi tak było wygodnie, że to ja chciałam decydować, kiedy go wspieram i w czym go wspieram. Może nawet nie zdajemy sobie sprawy jak silny wpływ mamy na drugą osobę i dar przekonywania o swoich racjach? Wydaje się, że przecież Ed miał własny rozum i mógł mi się przeciwstawić, mogę się tłumaczyć jak tylko chcę, ale wiem jedno, że nigdy go nie zapytałam, jaką ma pasję? Wiedziałam, że nie ma marzeń, ale czy to mnie obligowało do innych założeń?

Teraz po rozwodzie zobaczyłam jego prace. Właściwie to wpierw dowiedziałam się, że maluje a potem je zobaczyłam. Miałam nadzieję nawet, że jedną dostanę w prezencie. Nie dostałam, ale on dostał słowa mojego podziwu. Miło było słyszeć jak unosi się z podekscytowania jego głos.

Czy jednak, tak teraz pomyślałam, zrehabilitowałam się?

I tak szykując się do tego artykułu, jadąc do domu dowiedziałam się o tragedii w pewnej rodzinie. Nie jest to temat do opisywania. Jedno, co mogę i z czym się nie mogę pogodzić to fakt braku wsparcia. O tym, że pieniądze rujnują największe przyjaźnie, o tym jak bardzo nie potrafię zrozumieć człowieka, którego ego przerasta jego samego? Nie mi oceniać postępowanie innych. Wiem tylko, że prawdziwa przyjaźń powinna być wolna od cynizmu.

Siedziałam z moim przyjaciółkami, gdy przypomniała mi się dyskusja trwając w szkole trenerów. Dyskusja była zażarta, ale wyrażałam w niej całe na ten temat swoje zdanie, które przez większość kolegów było podzielane.

Czy nie jest tak, że oczekujemy wsparcia od danej, od wybranej przez nas osoby? Czy nie jest tak, że kotwicząc się na tej personie nie dostrzegamy wsparcia reszty naszego otoczenia?

Gdy byłam w ciąży nie wielkie znaczenie miał dla mnie fakt, że rodzice o mnie dbają, że dali mi dach nad głową, jeść i swoją opiekę. Nie wiele dla mnie znaczyło, że brat ściągał mnie z łóżka do mycia, że stawał w mojej obronie. O wszem doceniałam to, ale nie umiałam się z tego cieszyć, docenić na tyle, aby kolejne sześć miesięcy być dumną przyszłą mamą. Dla mnie liczyło się, to, że mąż mnie zostawił, po pięciu latach małżeństwa, samą z brzuchem, nie zdolną do pracy. Wykorzystał i nie wspiera, w momencie, gdy ja tego najbardziej potrzebuję. To uczucie żalu było tak silne, że całkowicie mną zawładnęło. Nie dostrzegałam dobroci innych, a o ironio oni okazywali mi tyle wyrozumiałości. Pozwalali trwać w swoim bólu, nie wypominali, że przecież mam wsparcie w nich to, czego więcej oczekuję. Pomimo mojego braku wdzięczności oni robili swoje, po prostu byli.

Ile razy zaczepimy się o to, czego nie mamy, nie doceniając a wręcz nie zauważając tego, to co dobre i to, co dostępne?

Czy właśnie nie w tym leży całe sedno problemu wsparcia, że to ma być ta konkretna osoba? Skąd wzięło się w nas przekonanie, że mąż czy żona mają doceniać nasze starania? Kto ułożył przysięgę małżeńską? Kto nam wmówił, że rodzina ma nas wspierać, a przyjaciółki, gdy są obok to ok, ale to nie to samo, gdyby przytuliła nas siostra, matka, czy brat?

Czy to oznacza, że tak silne są więzy krwi i przysięgi, czy to oznacza, że nie jesteśmy zdolni widzieć i dostrzegać?

A może to próba dla prawdziwych przyjaciół, którym może być mąż i matka, a nawet nasze dzieci lub całkiem niespokrewnione osoby? Czy wytrzymają ten brak uwagi, ze strony oczekującego? Czy nie wyrzucą nam – ja jestem, czego więcej chcesz?

A może to wszystko zależy od naszych wartości i przekonań?

A czasami może już tacy przekorni jesteśmy; bo czy nie jest tak, że gdy wpiera nas mąż, to my chcemy, aby wspierali nas rodzice, gdy wpierają rodzice, to narzekamy, że nie wpierają przyjaciele, gdy wpierają przyjaciele, to mamy pretensje, że to nie mąż itd.

Więc jak to jest z tymi oczekiwaniami?

Dwa lata temu, szukając nowej drogi, poznając kolejny próg rozczarowania doszłam do wniosku, że w pierwszej kolejności, cokolwiek robimy, powinniśmy robić to dla siebie. Szukać motywacji w sobie, w nas jest wszystko i cieszyć się ze wsparcia tych, którzy nam je dają, ot tak bezinteresownie, z woli serca a nie obowiązku. Ta dłoń jest najcenniejsza.

Ale z drugiej strony czy nie jest miło, czy nie rozpiera nas duma i jeszcze większa chęć do działania, gdy ta druga strona, ta przez nas wymarzona osoba patrzy na nas tak, jakbyśmy byli największymi ekspertami w danej dziedzinie? I mówi – zrób to kochanie…

Pozdrawiam, Wioletta

Polecane artykuły