Sztuka wybaczania

Jedną z najtrudniejszych kwestii jest sztuka wybaczania. I pomimo tego, że głoszą o niej wszystkie religie, różnego rodzaju doktryny to i tak utrzymujemy w sobie wszelkie żale. Pozwolę sobie wam opowiedzieć pewną historię. Pewnego dnia w patowej sytuacji postawił mnie 17-latek. Ten młody człowiek był mi kimś bliskim, ale pomimo tego…

gdy miał może 10 lat dostał o de mnie ostrzeżenie; napyskować mi możesz tylko raz. Powiedziałam i zapomniałam, on zapewne też. Ale jego podświadomość doskonale, to zapamiętała, gdyż pomimo jego buntowniczego i aroganckiego charakteru, relacje pomiędzy nami układały się bardzo poprawnie. Czasami wierzyć mi się nie chciało, że inni dorośli, z jego otoczenia, zmuszeni byli do wysłuchiwania jego zuchwałych wypowiedzi. W takiej koleżeńskiej relacji przeżyliśmy 7 lat. I w tedy nadszedł ten dzień, w którym odważył się wypowiedzieć jedno zdanie; „Możesz się wynosić”.  Tak mnie to ubodło, że wywróciłam moje życie do góry nogami. To nie był odpowiedni czas na jego fochy, to nie był odpowiedni czas na moje wybaczenie, próby zrozumienia, dlaczego?  Musicie wiedzieć, że w efekcie wytworzyła się lawina zdarzeń, które dziś wydają mi się snem. Odcięłam się od zła, którego nie potrafiłam zrozumieć. Odcięłam się od chłopca, który może po prostu zbłądził. Zawsze, bez względu na okoliczności, byłam dumna, a duma nie pozwalała dawać mi się poniżać.

Od feralnego lipcowego dnia mijały prawie dwa lata. Nie mogłam się pogodzić, że ktoś, komu chciałam serce oddać, odrzucił je i w dodatku z takim łomotem. Zaczęłam żałować, że istniał w moim życiu. Taki żal, ja mu tyle, a on mi tak się odpłacił. Tylko takie myśli chodziły mi po głowie.

Już sama nie miałam siły z tym żyć. Aby ukoić swoje nerwy szukałam rozwiązań. Poznałam ludzi, którzy zajmowali się rozwojem ludzkiej duszy. Zaczęłam się uczyć i rozumieć siebie na nowo. Nie stałam się fanatyczką, nie umiałam poddać się całkowicie, ale zaczęłam medytować, słuchać relaksacyjnej muzyki, zbierać w całość resztkę wspaniałych i tak nie licznych, fajnych wspomnień, łączących mnie z tym chłopcem.  Na powrót mogłam wyobrazić sobie jego uśmiech, jego zawstydzenia, gdy rozmawialiśmy na poważne tematy. Mój oddech, który zatrzymywał mi serce, gdy on opowiadał coś z entuzjazmem. Zaczęłam dostrzegać tą nić, jaka nas łączyła. Zaczęłam rozumieć, że byłam mu potrzebna. Z miesiąca na miesiąc czułam, że odczucie żalu słabnie, a z tygodnia na tydzień rozumiałam, co to jest wybaczanie.

Jednak prawdziwe wybaczenie nastąpiło niespodziewanie, przyszło tak po prostu. Jak olśnienie, jak cudowna myśl, która miałaby odmienić świat.

Była wiosna. Z wiosną nowy powiew świeżego powietrza i on. Widziałam go wszędzie. Ot, tak. Przypadkiem. Gdzie bym nie poszła, jakąkolwiek stronę ulicy bym nie wybrała, on był wszędzie. Głupio tak, przechodzi człowiek obok siebie, jak dwoje obcych ludzi, którzy nie mają sobie nic do powiedzenia. Nawet wzrok uciekał w przeciwnym kierunku, aby tylko przypadkiem się nie skrzyżował. Znacie to uczucie, jak chcesz kogoś spotkać to, choć byś na uszach stawała nie spotkasz i na odwrót?

Mam w moim mieście takie swoje miejsce, gdzie jadę, gdy się chcę oderwać od rzeczywistości, gdy się chcę wszechświatu wyżalić, wylać trochę łez, o których nikt się nie dowie. Pojechałam tam. W poczuciu samotności, opuszczenia lałam te łzy. Puściłam w aucie jakąś smętną składankę. I jak się prawidłowo domyślacie pojawiła się on. Wzrok skrzyżował się na ułamek sekundy. Przeszył mnie dreszcz i już wiedziałam. Po tym zdarzeniu zadzwoniłam do ojca chłopca i opowiedziałam mu o naszych nagminnych, przypadkowych spotkaniach. Padło też z mojej strony stwierdzenie, że to nie ja mam go widzieć, a on mnie, że jego dziecku jest źle. Coś go gryzie. Poprosiłam, żeby mu przekazał, iż ja mu wybaczyłam, że nie mam do niego żalu. Najwidoczniej tak miało być. Los połączył nas i rozdzielił, ale nie ot tak dla kaprysu, tylko w jakimś konkretnym celu i ja już go znam, a kiedyś i on pozna. Sam fakt, że wypowiedziałam to głośno przyniósł mi ulgę, poskutkowało. I to bardzo wymiernie. Poczułam na sercu ogromne ukojenie, tak jakby ktoś ze mnie zdjął ogromny ciężar. Poczułam radość z naszej znajomości. Z tego, że ten chłopiec gościł w moim życiu.

Wybaczanie z czystego egoizmu? Właśnie tak, zrób to dla siebie, taki prezent, może właśnie na nadchodzący nowy rok?

Może komuś się to nie spodoba, wyda zwykłym samolubstwem, ale czyż nie powinniśmy właśnie siebie kochać najbardziej? To ja sama jestem dla siebie najważniejsza, bo jak nie ja to, kto? Jeśli sami siebie nie będziemy szanować, kochać i lubić, to jak inni mają zachowywać się w stosunku do nas?

To Ty pokazujesz światu, kim jesteś, jak chcesz być postrzegany/a. To Ty ustalasz reguły tej gry. Tylko w ten sposób, druga osoba może się dowiedzieć, czego od niej oczekujesz. Dodatkowo, kim jesteś jak chcesz być widziany/a wyrażasz całym/całą sobą. Chociażby tym, jak chodzisz, dumnie wyprostowany/a, czy skulony/a jak zbity pies?

Wracając do tematu wybaczania. Komu jest najciężej?  Zauważ ile wysiłku kosztuje nas noszenie w sobie żalu. Osoba X wyrządziła tobie krzywdą, np. odbiła życiowego partnera. Co robisz? Płaczesz po nocach, wszystkim opowiadasz, o swojej tragedii, nie możesz jeść, pracować, albo popadasz w różnego rodzaju nałogi. Co tym czasem robi były ukochany, czy ukochana? Świetnie się bawi! Nowa para lata ma Majorkę a ty do psychologa. Oni kwitną, rozpiera ich energia, a ty stajesz się wrakiem człowieka. Oni żyją pełną piersią, są wolni, zakochani, a ty zniewoliłeś/a się własnymi myślami.

Zdaję sobie sprawę, że nie jest lekko wybaczyć, puścić, pozbyć się żalu. Spójrz mi to zajęło prawie dwa lata. Ale walczyłam, szukałam rozwiązań i się udało. Bo warto.

Dowiedziono naukowo, że człowiek w jednym momencie może utrzymać w głowie tylko jedną myśl. I ty sam/a możesz wybrać, czy to będzie myśl negatywna, czy pozytywna.

Co ja robię, aby tego dokonać? Każdej negatywnej myśli od razu odpowiadam, że kocham siebie, szanuję siebie. I tak wciągam się w to rozmyślanie o sobie. Skoro siebie kocham, to muszę myśleć o przyjemnych rzeczach, np. o tym jak bawiłam się na ostatniej imprezie z moimi przyjaciółkami. Przypominam sobie ich uśmiechy, ich zwariowane wypowiedzi, wspólny taniec. A gdy autentycznie czuję emocje, które mi wtedy towarzyszyły czuję się też wolna. I tak do skutku. Głowa swoje, a ja swoje. Walka z podświadomością. Ale odkąd stosuję się do tego zalecenia zawsze wygrywam!

Faktycznie wymaga to samodyscypliny, ale przecież ja lubię siebie i jestem warta tylko pozytywnych odczuć. Kto tego nie spróbuje z pełnym zaangażowaniem, ten tego nie doświadczy.

Wybaczanie jest, więc receptą dla nas samych. Złotym środkiem, takim, którego nawet czas nie zastąpi. Dawno już wyrzuciłam do kosza, przysłowie; czas leczy rany. I ty się z tym pożegnaj. Bo żal, poczucie krzywdy, czasami potrafi bardzo głęboko się w nas zaszyć i wypełznąć w najmniej odpowiedni momencie. A akt wybaczenia, jest niezmienny, nieodwracalny. Jak dostaniesz takiego olśnienia jak ja, to już nie poczujesz nic, nawet, jak tą moja opisaną parę, zobaczysz w czułych objęciach. Bo ty będziesz już żyć własnym życiem, będziesz wolnym, od negatywnych uczuć, człowiekiem.

Mało tego. Dobro przyciąga dobro. Mnie spotkała niebywała nagroda. Kilka tygodni później ten młody człowiek sam, bez nacisków docenił moją osobę. Mało tego. Zwrócił uwagę na drobiazgi, na malutkie kroczki, które wykonywałam, aby mu pokazać, że traktuję go jak własnego syna. Czegoś dobrego się nauczył, czego jestem pewna, że nie pokazał mu nikt wcześniej. I mam szczerą nadzieję, że zachowa te wspomnienia, wdrażając nauki w życie. Malo tego, nie wyszeptał o tym komuś w tajemnicy, powiedział to głośno i nie do mnie, ale do moich przyjaciół. Byłam z niego dumna, bo wykazał się cholerną odwagą. Jestem w pełni przekonana, że poczuł gdzieś w sobie moje przebaczenie. Bo wprost, nigdy nie musiałam mu tego mówić. W dzień dziecka wysłałam mu życzenia. A gdy się zobaczyliśmy mogłam ujrzeć ten nieśmiały, ale szczery uśmiech. Oboje byliśmy wolni, oboje szczęśliwi i spokojnie mogliśmy pójść swoją drogą.

Polecane artykuły