Samotność w związku? / 3 składniki miłości/ samotność

– Coraz więcej osób deklaruje walkę o swój związek – powiedział, zakładając kurtkę.

– Chcesz mi wmówić, że dzieje się tak tylko dlatego, że boją się samotności?

– A ty co? Ubieraj się – rzucił jakby od niechcenia.

– Pomóż mi, przecież wiesz, że nie mogę ruszyć ręką. – Stałam bezradnie, a Robert zaczął się śmiać.

– No widzisz, tego się boją, że jak będą w potrzebie, nikt nie przybiegnie im pomóc.

– Wykorzystałeś mnie, aby mi coś udowodnić? Ty draniu! – Szturchałam go w ramię, ale dla Roberta nie miało to większego znaczenia. Zaczął mi pomagać i mówił dalej:

– Wiesz, gdy się przysłuchuję swoim koleżankom, choćby w pracy, to gdyby nie strach przed samotnością, trzy czwarte z nich boso pobiegłaby do sądu i złożyła pozew o rozwód, w dodatku zdzierając z faceta ostatnią koszulę.

– Oj, przestań, tylko tak mówią. Muszą gdzieś dać upust swoim emocjom.

– Weź, posłuchaj siebie albo ludzi dookoła, albo poczytaj statystyki.

– Jakie znowu statystyki… już sama się zapnę. – Robert szamotał się z guzikami mojego płaszcza, ale jak przystało na partnera zaangażowanego w relację damsko-męską, nie odpuszczał.

– Milcz, kobieto! Szalik i nie zapomnij rękawiczek. – Czułam się jak kompletowana wysyłka pocztowa.

– No widzisz, niepotrzebny jest partner, mąż czy kochanek, wystarczy ktoś taki jak ty, żeby czuć się przyduszonym – rzekłam z przekąsem, ale oczywiście on popatrzył mi w oczy, demonstrując pewność siebie, i wypchnął za drzwi mieszkania. Schodząc, odwracał się.

– Dama nie powinna iść przodem? – zapytałam, aby mu dopiec, ale Robert jak zwykle miał już swoją odpowiedź.

– Posłuchaj, gdybyś się potknęła, stałbym się dla ciebie poduszką powietrzną. A gdybyś mnie nie miała, to kto przyszedłby ci nasmarować plecy tą cholerną kamforą, której zapachu nie mogę się pozbyć?

– Danusia! – krzyknęłam i zaraz musiałam wycofać te słowa, bo od kilku miesięcy mieszka zbyt daleko, aby mi smarować wspomnianą część ciała.

Gdy doszliśmy do centrum, pociągnął mnie w nieznanym kierunku. Dwukrotnie pytałam, gdzie idziemy, ale tylko szyderczo się uśmiechał. Nagle znaleźliśmy się przed MacDonaldem.

– A co my tu robimy? – zapytałam oszołomiona.

– Tu jest najwięcej młodych par, żółtodziobów w tematyce małżeństwa czy zakochania. Wybierz miejsce tak, abyśmy mogli ich poobgadywać, a ja zamówię coś najbardziej zdrowego, tylko daj, najpierw cię rozbiorę.

– Do naga? – próbowałam być dowcipna, ale w tym gwarze nie wychodziło mi to najlepiej.

– Co chcesz do picia?

– Kawę chyba – syknęłam, bo ktoś właśnie, zbyt dynamicznie przedzierając się przez tłum, naruszył moje cierpiące ramię. Już miałam się poskarżyć Robertowi, ale w swoim umyśle usłyszałam jego słowa: „tyle razy mówiłem, nie wychodź na dwór spocona, bo cię przewieje”. Hm, krakał, krakał i wykrakał, ale z drugiej strony w ten sposób okazuje mi swoją troskę, ten jedyny. Może powinnam okazać mu za to więcej wdzięczności, przecież po części ma rację, ludzie nie wykazują tyle empatii co kiedyś, przechodzą obok siebie obojętnie, nie oczekują wiadomości: „przyjdź mi pomóc”… Może więc rzeczywiście część populacji żyje w pustych związkach tylko z obawy przed brakiem zewnętrznego wsparcia?

– I co, jak ci się podoba? – zapytał Robert, stawiając na stole tacę pełną pudełek.

– Kurczę, sto lat nie byłam w Macu. Nie jest źle, ale to zupełnie nie mój klimat, nie dałabym się tu zaciągnąć na randkę. Rozumiem młodych ludzi, symptom dwudziestego pierwszego wieku, ale spójrz, ile tu dojrzałych par.

– No i tylko przyjrzyj się, co oni robią.

Obserwowałam: panie, panowie, biegające dzieci, młodzież starsza i młodsza. Pomiędzy niektórymi można wyczuć łączącą ich nić intymności, inni wykazują jeszcze odrobinę zainteresowania drugą osobą, ale dostrzegłam również osoby skoncentrowane wyłącznie na sobie, jakby przebywające w pustych pokojach o nieograniczonej wolnej przestrzeni. Przyszło mi na myśl, że pusty związek to również przestrzeń, którą – chcąc nie chcąc – wywalczyli sobie oboje partnerzy lub jeden z nich. To jak schyłek mojego małżeństwa, kiedy przeważały dwa slogany. Mój brzmiał: „jestem zmęczona, tak bardzo zmęczona”, jego natomiast: „chcę tylko mieć święty spokój”. I dostał tak śmiertelny, że po roku oddał go w ręce kolejnej kobiety. Może więc będąc w związku, prosimy o rzeczy, które wynikają tylko z bycia z daną partnerką lub partnerem. Stwierdzenia „jestem zmęczona”, „chcę mieć święty spokój” były już oznaką nie pustego związku, który może trwać w nieskończoność, a ostatniej jego fazy: rozpadu związku. W naszym przypadku ten rozpad trwał dobrze ponad rok. Kiedyś musiał się skończyć, abyśmy się oboje nie udusili w minutach spędzonych obok siebie. Bezbolesny rozwód był poprzedzony moją półroczną paniką, która zapewne nastąpiła w wyniku strachu, o którym wspomniał Robert. Chodziło o lęk przed samotnością, przed brakiem poczucia przynależności, brakiem stabilizacji. Hm, może to właśnie tego boją się osoby, które nawet w zatłoczonym miejscu pragną stworzyć obszar tylko dla siebie, nie zapraszając tam zmieniających się obcych twarzy, a czasami nawet partnera czy partnerki.

– Co tak zamilkłaś, kobieto? – przerwał moje rozważania dumny z siebie Robert. – Coś cię zaskoczyło, gdy uległaś uważności?

– Tak, tak, ta para, która trzyma się za ręce.

– Ta dziewczyna w pomarańczowym sweterku?

– Ychy…

– Fajnie, nie… Jedną ręką czują wspólnotę ze sobą, a drugą z całym światem.

– A może piszą do siebie czułe słówka?

– Nie bądź naiwna, pewnie właśnie przeglądają Facebooka albo coś w tym rodzaju. – Tak bardzo chciałam, aby Robert się mylił, ale niestety takie zachowanie to już jakaś norma społeczna, która mało kogo zadziwia czy bulwersuje. – Wiem, że jestem nadętym bufonem, ale czy wyobrażasz sobie siebie w takiej sytuacji? Czy chciałabyś siedzieć obok swojego partnera w poczuciu, że nie masz mu nic więcej do zaoferowania, bo już opowiedziałaś o braku pieluch, o tym, że trzeba posprzątać piwnicę, że jesteś zmęczona po całym dniu pracy?

– Ale to nie do końca tak, przecież życie realne to nie sielankowe trzymanie się za rączki, to nie patrzenie z perspektywy namiętności, to nie wieczne oddawanie sobie bezinteresownych przysług. Każdy udany związek skapituluje pod naporem dnia codziennego. W każdym udanym związku są problemy, poszukiwanie sposobów na ich rozwiązanie. To, że ci ludzie patrzą w ekran, nie oznacza, że się nie kochają. Może kochają się bardziej od tych, którzy właśnie są na imprezie dobroczynnej, ubrani w najdroższe markowe garnitury i garsonki.

– Oj, Wiola… wiem, że i na balach dobroczynnych jest więcej chłodu niż w mojej zamrażarce. Nie ma znaczenia, czy je się obiad w Macu, czy w pięciogwiazdkowej restauracji. Najgorzej, jak się ludzie przestają lubić, gdy przestają ze sobą rozmawiać, mówią tylko po to, by mówić. To przytrafiło się i twojemu Bigowi, który może bez szemrania kupić ci najdroższe buty, i Pawłowi, który bierze kredyt, żeby wysłać dzieci na kolonię. Koniec, to koniec, tylko że czasami pojawia się on wyłącznie w głowie, ciała zaś wciąż pozostają w swoich związkach. Wypalenie w związku odbija się na pracy moich koleżanek. – Nagle się uśmiechnął. – Wiesz, uwielbiam moment, w którym do mojego gabinetu wchodzi Marta, aby powiedzieć, że jest, i pyta mnie, czy chcę się napić kawy. Wulkan energii. Bije od niej coś, na co czekam każdego dnia. Jednak gdy widzę swojego szefa, uciekam gdzie pieprz rośnie, bo jest wiecznie niezadowolony. Kiedy pojawia się w pracy, pierwsze, co robi, to zdejmuje krawat, jakby to on go dusił. Dokładnie też wiem, kiedy jest po spotkaniu ze swoją kochanką, wtedy zachowuje się jak Marta, która pomimo piętnastoletniego stażu małżeńskiego nigdy, ale to nigdy nie mówi źle o swoim mężu. Wręcz przeciwnie, gdy o nim opowiada, błyszczą jej te zielonkawe oczy, a on od siedmiu lat – tak długo jest moją asystentką – przychodzi po nią i idą albo na obiad, albo na kolację. Są zabiegani, mają dwoje dzieci, w tym jedno chore, ale zawsze raz do roku jadą tylko we dwoje na urlop – jak to Marta mówi – aby na nowo poczuć się dwudziestolatką i biegać po salonie nago. Są pary, które nawet nie chcą zorganizować sobie jednego wspólnego wieczoru, nie chcą przeżyć takiego momentu.

– Może chcą, tylko nie mogą – przerwałam wywody Roberta w nadziei, że usłyszę w jego głosie odrobinę optymizmu.

– Posłuchaj, pamiętam, ile cię kosztowało złożenie pozwu o rozwód, pamiętam, co przeżyłaś, gdy sobie uzmysłowiłaś, że jemu to było na rękę, jak cię bolał jego brak zaangażowania, egoizm, który tłumaczyłaś kwestią charakteru, jak długo pracowałaś nad wybaczeniem mu tego, aby samej móc żyć i oddychać. Bałaś się wielu rzeczy. Ciężko pracujesz, a mogłaś przecież mieć obok niego wygodne życie, oczywiście pod względem materialnym. Pamiętam, jak cię zabolało, gdy usłyszałaś, że rozwiodłaś się, bo jesteś wygodna, że wszystko miałaś… Mam wymieniać dalej?

Łzy spłynęły mi po policzku. Miałam dwóch mężów, obu jestem wdzięczna, że nie walczyli o związek właśnie z powodów, o których mówił Robert. Tam, gdzie brak wzajemnego zaangażowania, nie ma już nic. Pamiętałam tylko zmęczenie, zmęczenie wynikające z bycia w związku.

– A teraz dlaczego wyplątałaś się z relacji z Bigiem? Hm, no dlaczego?

Milczałam. I ja, i Robert dobrze wiedzieliśmy, że z tego samego powodu. Z braku dostatecznego zaangażowania partnera. Chcieliśmy ze sobą być, ale na zupełnie odmiennych warunkach. Żadne z nas nie mogło oczekiwać czegoś innego, gdyż byłoby to wbrew naszym indywidualnym wartościom. Nikt nie ustąpił, ale to nie oznacza, że dokonaliśmy złego wyboru. Wręcz przeciwnie. Gdyby kompromis został ustalony pod wpływem namiętności, która buchała od nas na trzydzieści kilometrów, intymności, która rozwijała się zbyt wolno, po opadnięciu kurtyny zakochania, podczas zmagań z realnym życiem, doszłoby do bolesnej konfrontacji wymagań. Przeciągalibyśmy tę linę tak długo, aż pękłaby pod naporem niespełnionych oczekiwań. Wpadlibyśmy w szereg pułapek, które szykuje nam codzienność.

– OK, masz rację. Zadowolony? Każda faza związku ma swój czas. Przeważnie ludzie nie wychodzą poza trzeci etap, jak ja z Bigiem. Gdyby ludzie budowali swoje związki tylko na namiętności, byłyby one kruche jak francuska porcelana. W fazie czwartej, przyjacielskiej…

Robert mi przerwał:

– Ty i te twoje naukowe dywagacje. Nie trzeba książek, wystarczy się wsłuchać, popatrzeć, rozejrzeć…

– Ja ci nie przerywałam, zaciągnąłeś mnie tu, to słuchaj. – Tym razem ja nie dałam za wygraną. – A więc ja chciałabym ze swoim przyszłym mężem…

– Mężem – parsknął śmiechem Robert. – Masz zamiar wyjść za mąż? – Nie mógł się opanować.

– A co, nie wolno mi?

– Nie no, nie wiem, tylko czy znajdzie się taki odważny? – Robert drwił sobie z moich marzeń, ale wiem, że gdybym się zakochała, pierwszy by mi kibicował.

– Dobra, dobra, niejeden czeka na taką kobietę jak ja… aby utknąć z nią w fazie miłości zwanej przyjacielską. Ja i mój partner nie tylko będziemy podsycać namiętność, dbać o to, by intymność nie wygasła pod wpływem egoizmu, nietolerancji, agresji czy braku wsparcia. Będąc sobie wiernymi, zadbamy o to, żeby nie wpakować się w te pułapki, o których mówiliśmy: dobroczynności, bezkonfliktowości, obowiązku czy sprawiedliwości.

– Ale to chyba dobrze, gdy w związku panuje bezkonfliktowość czy dobroczynność? – odezwał się trochę zdumiony Robert.

– Może, ale pamiętaj, że kij ma dwa końce, a kotka można zagłaskać na śmierć.

– No jeśli o tym mowa, to masz rację.

– Właśnie – powiedziałam z dumą i nie czekając na jego reakcję, opowiadałam dalej, jak to będzie, gdy potknę się o tego właściwego, a przynajmniej o tego, którego wady będę w stanie zaakceptować nawet wtedy, gdy minie zakochanie.

Robert milczał, patrzył na mnie, od czasu do czasu zmieniając łokieć, którym opierał się o blat stołu. Dopiero gdy skończyłam, zauważyłam, że i ja w tej zatłoczonej jadłodajni potrafiłam stworzyć przestrzeń tylko dla siebie – nie, nie, dla siebie i dla swojego przeszłego partnera, i dla Roberta, którego uśmiech oznaczał, że mnie słucha, że taką pełną energii, gestykulującą całym ciałem uwielbia. Gdy odprowadzał mnie do domu, powiedział coś, o czym nie chciałabym zapomnieć, nosząc różowe okulary: „Wiem, że potrafisz wypełnić swoje życie, że jesteś szczęśliwa, oddając się pasji i pracy. Zbudowałaś swoje życie w pojedynkę na solidnych podstawach znajomości siebie i swoich potrzeb. Jesteś singielką niezależną, a przede wszystkim nieczującą się jak samotny bluszcz opleciony wokół innych. I gdy już potkniesz się o tego właściwego, to wiem też, że nie oddasz się złudnej miłości, bo jesteś zbyt logiczna i ciut za bardzo wszystko analizujesz. Ale miłość przychodzi nieproszona, w postaci nieproszonego typu mężczyzny czy kobiety, i zalewa każdą naszą część ciała, również mózg, który nagle zostaje odcięty od teraźniejszego schematu myślowego. Twój sposób postrzegania rzeczywistości naturalnie się zmieni, zechcesz wiele rzeczy dostosować do nowej sytuacji, często nawet rezygnować z siebie, aby tylko tę miłość zatrzymać, uszlachetnić, wejść w niewyartykułowany układ z partnerem, który bardzo często ma niewiele wspólnego z kompromisem, a więcej z uległością. I wtedy, tak odcięta od analitycznego myślenia, pamiętaj, że samotnym można się czuć wszędzie: wśród przyjaciół, pracując w korporacji, najbardziej jednak boli samotność w związku. Będąc niezależnym w związku, z zajętym sercem, ale wolnym umysłem, nie tylko potrafimy odnaleźć się po ewentualnym rozpadzie, ale i podczas trwania relacji jesteśmy dla siebie wzajemnie bardziej atrakcyjni. Zaangażowanie w związek to nie tylko czynienie dobrze drugiej osobie, ale również dbanie o siebie, o swoją wewnętrzną i zewnętrzną synergię. O wszystkie role, w jakich zastała nas miłość i jakie ona nam narzuca. Troszczenie się o związek to również umiejętność dostrzegania w nim siebie, łączenia równoległych światów, synergia, by umocnić całość.

Żaden facet nie będzie ci patrzył w oczy tak samo przez kolejne dziesięć lat. Ten wzrok pod naporem dnia codziennego będzie przechodził różne fazy. Jednak gdy jesteś zadbana emocjonalnie, przygotowana na podróż życia, świadoma swoich potrzeb, słowo «samotność» będzie ci obce.

Miłość romantyczna to złudzenie, to chwila, mija czasami bezpowrotnie, ale nie oznacza dla związku kresu jego istnienia. Przy odrobinie znajomości konsekwencji wynikających z zaangażowania, umiejętnego podtrzymywania intymności i podsycania namiętności może to być fascynująca podróż w poczuciu spełnienia”.

Wioletta Klinicka

Trener Integracji Personalnej

Recommended Posts