Prawdziwie nie z mojej ligi

Za co tak właściwie jesteśmy potępiane? No może przesadziłam, ale słowo odrzucane wydaje mi się jeszcze bardziej nie do przyjęcia. Potępiane brzmi tak dramatycznie. Bo czyż nie jest dramatem to, co się dzieje? No, co, takiego spytacie?

Jak już wiecie z poprzedniego artykułu zdarza mi się w celach naukowych zalogować na jakimś portalu dla samotnych. No nie powiem, gdybym tam spotkała swojego jedynego to, czemu nie, ale nie spotkałam. Mam czterdzieści lat, dlatego też przedział wieku, jaki wpisuję to pomiędzy 38 a 48 lat. Dyszka chyba spokojnie wystarcza. Mi tak, ale niestety nie panom.

Faceci, którzy są w moim wieku potępiają swoje rówieśniczki. Oni wolą młodsze. Niemalże każdy ma zaznaczone od 18 – 20. Granica górna to coś koło trzydziestki. Oczywiście, że nie mam nic przeciwko różnicy wieku, sama miałam męża starszego o 11 lat. Zawsze pociągali mnie starsi. I nie ma tu nic wspólnego chroniczna potrzeba ojca, jak co niektóre kobiety sugerują innym, tym młodszym oczywiście. Kiedy miałam 20 lat i podobali mi się panowie około 40 to było ok. Jednak teraz trochę się u mnie pozmieniało i nie wyobrażam sobie być z facetem 60 letnim. Może i tak, dotyk, pocałunek, uśmiech i czułość, ale czy pupa przeciętnego sześćdziesięcioletniego faceta nie wita się już z ziemią? Czy na ich pośladki nie zaczęło już przypadkiem działać przyciągania ziemski?

Osobiście nie mogłabym być z 20 latkiem, ale nigdy nie mów nigdy.

Za co jeszcze jesteśmy potępiane? Za brak wykształcenia. Już nie będę pisać, że za jego nadmiar, bo to uderza w męskie ego, natomiast brak pracy, zbyt niskie stanowisko, to częsty powód do wstydu. Wstydzą się oczywiście tacy, którzy prawdziwie nie są z naszej ligi. Którzy są bogaci i posunęli się tak w karierze zawodowej, że przeciętna kobieta może mu zaimponować jedynie wówczas, gdy nikt tego nie widzi. Dużo się mówi o podziałach, ale czy mówimy o takiej samej równości?

Chociaż? Może wciąż potajemnie przemycamy podział klasowy?

Spotykałam się kiedyś z jednym takim. To Leszek, o którym już wcześniej wspominałam. Wysoki, przystojny, dobrze sytuowany, ciut ode mnie starszy. Zawsze spotykaliśmy się u niego lub u mnie w domu. Tańczyliśmy przy miłej muzyce, podejmowaliśmy poważne dyskusje. Poznałam go jak był w trakcie ponad trzy letniego rozwodu. O przebiegu wiedziałam wszystko, oczywiście patrząc z jego punktu widzenia. Nie to, żeby mi imponował, bo taki się chyba jeszcze nie narodził, no chyba, że Karol, ale to obecnie mój kumpel.

No dobra wracając do Leszka, to nigdy się nie czułam jego kobietą. Wiedziałam, że nią też nie będę i odpowiadało mi to, jednak zabolało, gdy odwrócił twarz.

Bo cóż miał innego zrobić? Stał przecież po środku starego rynku w grupie tych garniturowców z teczuszkami w ręku. A tu idzie taka jedna w dżinsach nie Levis’ach i pcha wózek z dzieckiem i to nie za 300 dolarów, a małą skromną spacerówkę. Nie muszę wam pisać jak się poczułam, gdy wzrok skierowany w moją stronę nagle wlepił się w przeciwnym kierunku. Poczułam tylko jego zapach i kątem oka zdjęłam miarę barów. Fakt, że po nie całej godzinie na wyświetlaczu mojego telefonu pojawił się komunikat; dzwoni Leszek.

Odebrałam, ale temat owego jego niefortunnego zaniku pamięci nigdy nie został przez ze mnie podjęty. O nie, nie, nie żebym nie znalazła innego sposobu. Po kilku kolejnych spotkaniach ot tak rzuciłam pierwszą chyba w jego kierunku i ostatnią prośbą. Nie, nie żeby do mnie nie dzwonił, lubiłam go i starałam się zrozumieć, że facet zupełnie nie mojej ligi nie będzie obnosił się z cichą znajomością. Bo co jak mu się trafi jakaś lepsza? Co powie kumplom, że to była klientka – znaczy ja?

No to, o co go poprosiłam. Poprosiłam go, aby dał mi wcześniej znać jak kogoś pozna i już nie będzie miał czasu mnie odwiedzać. Był inteligentny, wiedział, dlaczego tak mówię i co mi odpowiedzieć.

Pewnie, że nie dotrzymał słowa. Gdy się człowiek zakochuje nie myśli o tym, aby poformować wszystkie kochanki i koleżanki o tym jak bardzo jest szczęśliwy. Chociaż może sam z siebie zdjął to przyrzeczenie, ale to już opiszę innym razem.

W moim ulubionym filmie Pretty Woman pada mniej więcej takie pytanie…ile znasz takich par, którym się udało? Padło na kopciuszka. Czy rzeczywiście tak jest? Czy nie mamy szansy na awans społeczny po przez miłość? Albo po przez łóżko? Czy jeśli nie należysz do stowarzyszenia „zarabiamy ponad przeciętną” to nie masz szans stanąć na ślubnym kobiercu u boku jednego z nich? Czy w tej kwestii świat i sposób myślenia wciąż się nie zmienił, do wieków?

A jeśli się już zdarzy, jeśli któraś z nas zostaje tą szczęściarą to, jaką cenę musi zapłacić? Same wystawiamy rachunek, czy inne matrony wystawiają go nam?

Jest w moim mieście mężczyzna. Chyba jak na moje miasto bogaty. Zawsze dobrze ubrany, pachnący, fit. Ma coś takiego w oczach, że jak poszliśmy z mężem zapytać o pracę dla mnie, żałowałam, że tam jestem. Na szczęście kazał mi wrócić jak trochę się podszkolę w pewnych dziedzinach. No dobra, ale nie o sobie miałam pisać, tylko o tym, że któregoś dnia dowiedziałam się, że się ożenił.

Było to już lata po tym jak go poznałam. Muszę przyznać, że widywałam go przed tym jego małżeństwem dość regularnie. Zawsze sam, zawsze tak samo zabójczo pociągający. Tym bardziej mogłabym uwierzyć w to, że jego żoną została kobieta, z którą nawet mieszkał od dawna, ale cicha, spokojna, czekająca i nie z tej kasty.

Związek od lat skonsumowany a żona wciąż niewidoczna. Obrosła wokół tego legenda na ile prawdziwa nie wiem, i nie chcę wiedzieć, ale fakt jest taki, że to nasz kopciuszek – kobieta, której udało się przejść na drugą stronę, zmienić status społeczny. Tylko czy aby na pewno? Czy może tam dostaje się tylko wizę tymczasową? I jaka jest cena tej przepustki?

Czy za kolejne 10 lat wciąż będzie odpowiadać jej rola czekającej w domu żony? Bo do dziś, gdy go spotykam w restauracji, na imprezie, czy w banku to nawet obrączki nie dostrzegłam spod jego ego krzyczącego jestem panem tego świata. A może tak mi się tylko wydaje, bo jest moim ulubionym obiektem do pobudzania fantazji.

Bo czy nie jest tak, że takie legendy dopisujemy my kobiety, kobietom? Zamiast je wspierać to doszukujemy się wszędzie haczyków i ciemnych stron medalu? Czy nie jest to jej wybór? Czy moim wyborem nie było przemilczeć zachowanie Leszka? Może każda z nas w danym momencie ma inne potrzeby i priorytety? Może czasami każda z nas po prostu chce być niewidzialna. Przecież doskonale wiedziałam, wiążąc się z Leszkiem, że to tylko odskocznia od codzienności, przerywnik, miły przerywnik. A ten gość z małego miasteczka, dla tej miłej i spokojnej dziewczyny, jego żony może jest czymś więcej niż wizą do prawdziwie nie jej ligi.

Czy naprawdę tak ciężko nam zaakceptować wybór inny niżeli ten, którego my sami byśmy dokonali? Jak to właściwie jest z tą całą akceptacją?

Pozdrawiam, Wioletta

Polecane artykuły