Pierwsza Randka

Jakiś facet, siedzi sobie i gra. No, nawet taki fajny, trochę zadziorny, coś w sobie ma. I napisał do mnie. Krótki wpis, mówiący coś o tym, że jestem z jego miasta. Czemu nie, odpisałam i wysłałam nieznajomemu pozdrowienia.

W niecałe 30 minut umówiliśmy się na telefon. Nie było skrępowania, ciszy w słuchawce, tak po prostu każdy coś klepał. Dziś nawet nie pamiętam, o czym. Umówiliśmy się na sobotę. Od środy wieczór chodziłam, jak nakręcona. W głowie mi się kręciło i w żołądku fruwały motyle. Czułam się jak nastolatka. Chciałam się tak czuć. Nie wiedziałam, co będzie, jak będzie i kto to będzie, ale ten czas oczekiwania miałam zamiar jak najlepiej wykorzystać. Bo cóż piękniejszego, niż te pierwsze chwile, niż to pierwsze zauroczenie, chociażby miało być tylko głosem, chociażby tylko pisaniem. Powala na kolana, nie ma lepszej terapii.

Przebudzenia doznałam w piątek. Zaczęłam wymyślać tysiące powodów, dla których to spotkanie nie miało sensu. Kim on w ogóle jest? A jak mi się nie spodoba? A jak mi się spodoba? Zobaczysz go, spojrzysz w oczy i zapragniesz takiego mieć. A co jak on cię nie zechce? No, bo jak facet nie jest w twoim typie, to ok. Pogadamy, pogadamy i więcej się nie spotkamy. To będzie bez bólu, bez rozterek, może nawet zabawnie. Było minęło i ot tak wraca się do rzeczywistości. Z drugiej jednak strony złapałam się na braku dystansu. Słynna jestem z tego, że albo wszystko, albo nic. Trudno mi iść, na ugodę i kompromisy. Albo czarne, albo białe. A przecież można tak pomału, spotkać się raz, drugi, poznać, pogadać, nie dać z siebie nic i niczego nie oczekiwać. Nie, ale to nie ja, ja tak nie potrafię, ja daleko jestem od próbowania wielu ciastek i picia wody z kilku studni. Będzie albo nie będzie. Tylko to takie bardzo męczące. Dla mnie oczywiście no, bo czy ta druga strona o tym myśli, że ta jakże wyzwolona, pewna siebie kobieta w głębi pragnie tylko jednego?

Latałam pomiędzy niebem a ziemią. Bałam się i cieszyłam. Szukałam wymówek i coś mnie powstrzymywało.

W dodatku to nie wszystko. Zaczął się babski dylemat. W co ja się ubiorę, a może jestem za stara, za gruba, zbyt zmarszczona?

No to zaczęła się walka o lepszy wygląd. Trochę szybko pupę ujędrnić, trochę więcej liftingu nałożyć, troszkę kolagenu na noc. Zęby, ach, gdzie ta pasta wybielająca no, bo palę a on nie. Koszula, tak koszulę musze wyprać, odświeżyć, bo raz miałam na sobie. Pasek do spodni, szukałam go z pół godziny, poczym okazało się, że go nie zabrałam. No to inny, od starych dżinsów.

O takie głupoty martwi się kobieta, gdy zbiera się na randkę. Prze zaśnięciem, jeszcze spojrzałam czy coś napisał; nic, acha, no dobra. Mnóstwo pytań kołatało mi się w głowie; jak będzie? Nie mogłam zasnąć. A tu rano musze wstać, zaplanować wszystko do obiadu. No, bo muszę się wykapać, zrobić peeling i wydepilować…

Obiad, dobrze, że zrobiłam w piątek, bo po gotowaniu nie miałabym czasu na prysznic, a stojąc przy garach na pewno bym przesiąkła zapachem gulaszu. W końcu usnęłam, cała z frustrowana i nie do końca przekonana.

Randki są wyczerpujące, no może ten okres wyczekiwania. Jak bardzo dowiedziałam się w sobotę rano. Wszystko zaplanowałam, zrobiłam sobie wolne o godzinę dłużej; to ok. Do czternastej musze mieć wszystko zapięte na ostatni guzik. Kąpanie, śniadanie, sprzątanie;zrobione. Nogami tupałam, gdy moi podopieczni, przeżuwali zbyt długo ostatni kęs chleba. Dobrze, teraz mogę iść się wykąpać. Napisał, o jaka ulga. Popatrzę troszkę na jego zdjęcie, te które mi się tak podoba i idę.

Peeling, najważniejsze gładkie, pachnące ciało. Piękne stopy. No i klops, musze znowu malować paznokcie, coś odprysło, tak nie może być, bo przecież faceci są tak spostrzegawczy. Ubranie, powieszone na wieszaczku, przekładane z miejsca na miejsce, aby nie przeszło zapachem papierosów. No właśnie, jeszcze muszę kupić papierosy. Wykąpana, odświeżona biegnę do kiosku. Zabraknie mi czasu, zabraknie mi pół godziny. Wracam do domu, odświeżam się po maratonie. Robię makijaż, bałagan mam taki jakby huragan przeszedł. Ręce mi dygotają, oczy; nie mogę uzyskać efektu. Brakuje mi rzęs do nieba. Moje sztuczne spadają na policzki. Nie pomaluję ich, bo za 10 minut będę rozmazana. Dlaczego nie jestem w domu, wszystko tam mam. Kamila położyłaby mi rzęsy, Kasia zrobiła paznokcie, Jolka podcięła włosy, a i może na pedicure bym się skusiła. A tak wszystko z przed dwóch tygodni. No dobrze, starczy marudzenia, trzeba sobie radzić. Przecież jestem piękna z natury.

W końcu podaję obiad, dla siebie malutką porcję, aby mnie nie wzdęło. Brzuch musi być płaski. Nerwowo spoglądam na zegarek. Za półgodziny przyjdzie moja zmienniczka, a ja muszę sprzątnąć ze stołu, wykonać ostatnią toaletę. Dobrze, że mam piękną bieliznę, w której czuję się seksowna, potem wciskam na siebie dżinsy, a koszulę założę tuż przed wyjściem. Perfumy, tak koniecznie posmarować strategiczne miejsca, nadgarstki, za uchem i po miedzy piersiami, kostki w pachwinach i na zgięciu łokci. Troszkę balsamu z drobinkami złota na dekolt i jestem gotowa.

Wyrobiłam się. Dopinam ostatni guzik koszuli, zakładam moje ukochane, czerwone szkotki, koniecznie baz skarpetek. Jestem boska.

Co on robił w tym czasie, nie wiem, ale moja zmienniczka ledwo zdążyła przed czternastą. Ja stojąc na tarasie wyobrażałam sobie, że on już tam czeka. A tu guzik, schodząc na dół usłyszałam telefon i nie z informacją; czekam na ciebie, a z zapytaniem gdzie to jest? Gdzie on ma podjechać? Dałam mu adres, miał dwa dni na sprawdzenie, a tu teraz punkt o czternastej, nie dosyć, że zaczęło padać, to on nie wie, gdzie mieszkam. Podeszłam na główną ulicę, zatrzymało się auto, otworzyłam się drzwi i poczułam jak wszystko ze mnie uleciało. Coś mówił, pocałował mnie, a ja nie mogłam oderwać od niego oczu, nie żeby tak mnie swoją urodą onieśmielił, po prostu już wiedziałam, że warto było, chociażby dla tych chwil wyczekiwania…

Czasami obcy człowiek, tak całkiem niechcący, wyczarować może uśmiech na twojej twarzy…

Pozdrawiam, Wioletta

Polecane artykuły