Od pożądania do obłędu. Od oczekiwań do cierpienia.

Nie wiedziałam już, czy bardziej podobna jestem do Chaskiego, czy do Lidii, jednak myśl, że to moje życie, nie opuszczała mojej przestrzeni. Połykałam słowa Bukowskiego w nadziei, że odnajdę kolejne epizody ze swojego życia.

Przeważnie czułam do niego nienawiść, a właściwie do siebie, tak, do siebie za to, że czekam na niego, że jego głos mnie podnieca, a na samą myśl o nim robię się nerwowa i mokra. Pamiętam, jak raz, podczas prasowania, niemalże doprowadziłam się myślami o nim do orgazmu. Nie musiałam nawet sobie wyobrażać, że mnie pieprzy, to były myśli o jego nieobecności, o jego niedostępności, o tym, że mnie ignoruje. Odłożyłam żelazko i poszłam pod prysznic, chciałam to skończyć, ale tam, w strugach wody drażniącej moją łechtaczkę, wszystko odeszło. Gdybym miała penisa, pewnie nagle schowałby się, a co najmniej zrobił się miękki jak plastelina. Jeszcze bardziej rozwścieczona ubrałam się i wróciłam do prasowania. Włączyłam jakiś film akcji i śledząc losy fikcyjnych bohaterów, zapominałam o nim. Kiedy skończyłam prasować, położyłam się już nie wściekła, a rozżalona. Naciągnęłam na ramiona kołdrę i zasnęłam. Rano wszystko wyglądało inaczej. Moja tęsknota za nim wydała mi się tak idiotyczna, że wstydziłam się sama swojego postępowania, nie miałam zamiaru nikomu się chwalić swoimi emocjonalnymi zachwianiami. Aby wieczorem nie powtórzył się numer z podnieceniem, napisałam do Bonjowiego, zastępcy Ivy’ego. Oddzwonił, a po godzinie wszedł we mnie. Nadawałam szybki rytm i coraz większe tempo. Oby tylko nie chciał mnie całować i rozczulać się nad moimi wargami. Niech zrobi swoje i idzie. Pod pretekstem łaskotania odwracałam twarz i zakrywałam szyję. Teraz, mocniej, niech już mam tę satysfakcję, niech już wiem, że potrafię eksplodować przy innym. Może to i wymuszony orgazm, wymagający dużej koncentracji i umiejętności rozluźniania, i dzieje się to pod ciałem nie tego, o którym w ostatnim czasie myślę za dużo, zbyt dużo jak na sytuację, której nawet nie chcę. Ale orgazm to też wynik zdrowego trybu życia – sportu.

Dwa dni później rozpoczął się weekend. Wcale nie chcę czekać na wiadomość od niego, ale robię to. Nie łatwo się do tego przyznać, ale czy mam powód oszukiwać samą siebie? No chyba że bardzo by mi zależało na podniesieniu poczucia swojej wartości lub czymś w ten deseń. Mnie na tym nie zależało. Czułam się dostatecznie pewna siebie i bez oszukiwania swoje odbicia w lustrze. Po drugie świadomość tego, że czekam na jego wiadomość, daje mi kolejnego kopa do działania. Na szczęście w tym tygodniu znowu organizowali salsę w Kasino. Wystrojona poszłam jeszcze do sąsiadów na górę. Wypaliliśmy kilka fajek i ruszyłam w miasto. Po drugiej w nocy stwierdziłam, że wytańczyłam wszystkie swoje ukryte żądze. Wracając do domu, przyspieszyłam kroku, co niezbyt podobało się moim obolałym stopom i biodrom. Ale ja musiałam się już tam znaleźć, otworzyć drzwi i bez zdejmowania butów podejść do stolika, gdzie leżał mój telefon, musiałam jak najszybciej przekonać się, że dobrze zrobiłam, kokietując facetów na imprezie.Tak! zrobiłam dobrze, bo przecież nic nie napisał. Zmęczona, ale dumna z siebie, zasnęłam.

Podczas porannej kawy zaczęłam się zastanawiać, czy może rzeczywiście moje zadowolenie z siebie jest chorobliwą strategią, pomagającą mi przejąć kontrolę nad swoim życiem. Odkąd pamiętam, po seksie z kochankiem lub kimś całkiem przypadkowym ogarniała mnie niespożyta siła, energia. Głównie wykorzystywałam ją na sprzątanie domu lub pisanie. Było to uzależnione nastrojem, w jakim znalazłam się tuż po orgazmie. Po Ivym, gdy jeszcze był mi zbyt obojętny, aby trwonić na niego swoje myśli i uczucia, dopadała mnie melancholia. Z biegiem czasu uczucie to przeradzało się w złość. Wczoraj też ją czułam. I w tamten piątek, gdy nic nie napisał.Wypiłam kawę i postanowiłam po raz kolejny uprać dywan. Wydawało mi się, że wciąż nie pachnie odpowiednio.

Stanęłam przed rozłożonym dywanem, patrzyłam na niego jak zbity pies, który zapomniał, że nie wolno na niego siusiać, a za chwilę wrócą domownicy i po raz kolejny mu się oberwie. Ale nikt nie nadchodził. Zrobiło mi się tak niedobrze, że ledwo doniosłam w ustach rzygowiny do toalety. Obejmując muszlę, rozpłakałam się. Nieważne, że godzinę wcześniej wzięłam prysznic. Zrobiłam to ponownie, miałam uczucie, jakby ciepła woda zmywała ze mnie całe to gówniane zajście. Jakby oczyszczała mój umysł z tych idiotycznych do szpiku kości myśli. Jakby na nowo w moim umyśle tworzyły się połączenia neuronowe, które od tej chwili ukierunkują moje myślenie na właściwe tory. Spokój ducha przepływa przeze mnie. Moje ciało jest czyste i doskonałe, mój umysł jest spokojny – powtarzałam te słowa jak mantrę, która miała mnie uzdrowić. I uzdrowiła, a raczej przyniosła wybawienie. Iza zaproponowała wyjście do Zebry. Nie musiała mnie ani prosić, ani dwa razy tego powtarzać. Nie ma przecież lepszego leku na niestrawność myślenia i po niepożądanych zajściach jak taniec.

Wróciłam do domu o drugiej trzydzieści cztery i czytałam wiadomość wysłaną do mnie trzydzieści pięć minut po północy: „Hallo, co robisz?”.Odpisałam mu dumna z siebie:„Byłam na dyskotece”. Odpisał natychmiast. Zaproponował spotkanie od razu, w nocy. Nie mogłam mu odmówić, nie mogłam odmówić sobie. Zanim dotarł, zmyłam resztki makijażu i nabalsamowałam ciało. Nie jest idealnym kochankiem, ma tak duże braki w sztuce kochania, ale to nic, jego ciało, zapach przywracają mi wiarę w miłość bez udanego seksu. Może się zakochałam, a może tak tylko sobie to tłumaczę, nie potrafię do teraz odpowiedzieć sobie na pytanie: dlaczego chcę, żeby mnie pieprzył ktoś, kto mnie nawet nie całuje, kto ma do wszystkiego, co lubię w łóżku jakieś ale. Nieważne! Najważniejsze było to, że był, że mogłam mieć jego penisa w ustach i dotykając jego ciało, rozpływać się. Pamiętam, że chciałam krzyczeć, gdy zaprowadził mnie do łazienki i zaczął całować mój brzuch. Odwrócił mnie i wszedł we mnie od tyłu. Przytrzymał ręką za włosy, odchylając głowę pieprzył jak swoją kobietę. A przecież nadal do niego nie należę, wiem, że jak mnie wkurzy, jak mnie zignoruje, jak znowu mu coś wypadnie, to pozwolę, żeby rżnął mnie ktoś inny. Tak na złość, aby przywołać siebie do porządku, by po raz kolejny przejąć kontrolę nad swoim życiem. Tak, bo właśnie tę kontrolę tracę, gdy tylko o nim pomyślę, gdy do mnie napisze proste słowo „cześć”, a już nie wspomnę o tym, jak bardzo o tę kontrolę walczyłam, gdy po kilku godzinnych seksualnych akrobacjach postanowił u mnie spać. Przecież przez ten poranek mogłam się w nim zakochać. Czy nie wie o tym, że nie igra się z kobietą, o której sam mówi, że jest skomplikowana?

Kiedy czytam o Chaskim, który przynajmniej raz w tygodniu wiezie Lidii wyrzeźbioną głowę i zostawia pod drzwiami, to tak, jakbym czytała o sobie. Może głowy nie wożę, ale zawracam głowę swoimi żalami Ivy’emu. Na koniec monologu, w którym opisuję, jaki to jest niedostosowany do mnie, żegnam go. Raz nabrałam nawet odwagi, aby mu napisać, że już nigdy więcej nie chcę go ani słyszeć, ani widzieć. Chyba byłam mało przekonująca, bo zapytał, czy naprawdę. Po kolejnym rozczarowaniu wręcz go prosiłam, żeby zakończyć tę znajomość. Miałam nieszczerą nadzieję, że już nic nie napisze. No cóż, chyba jednak, aby życzenia się spełniały, pragnienie musi być prawdziwe, a moje nie było. Napisał. Byłam w odpowiedzi powściągliwa, ale otwarta na propozycje – ściemniam, po prostu uległa. Po raz kolejny uległam jego zachciankom. A może źle to odbieram, może on się stara, a ja nie widząc nic prócz czubka swojego nosa, nie dostrzegam tego, a gdy już dopuszczam taką myśl do siebie, to i tak szybko z niej rezygnuję na swoją korzyść. Myślę tak, jak mi jest wygodnie? No cóż, nawet jeśli jest to kolejna obawa przed strachem, obrona przed tym, aby nie nazwać siebie naiwną. Bo przecież nie można mówić o naiwności w przypadku, gdy jest się świadomą, że faceta nic nie obchodzisz, a jednak się go pragnie. Napisałam „kocha”, ale wyrazy w komputerze na szczęście można wycofać. Ja go tylko pragnę, a że nie mogę go mieć, to pragnę bardziej i jak nie mam go tyle, ile chcę, to go zostawiam. Tak też zrobiłam, gdy w kolejny weekend w ogóle nie przyjechał. W czwartek miałam ochotę na seks. Wiedziałam, że nie przyjedzie, bo będzie zmęczony, ale napisałam do niego. Wiadomość posłałam już około dziewiętnastej, aby w razie jego odmowy mieć jeszcze czas na zaproszenie kogoś innego. „Jutro” – tak mi odpisał. Musiał przecież wiedzieć, że mnie tym rozwścieczy. Jutro to ja będę już po seksie – jak pomyślałam, tak zrobiłam.

Nie wiem, czy rzeczywiście jest mu obojętne, że sypiam z innymi, czy takiej myśli do siebie nie dopuszcza, bo przecież wie dokładnie, że chcę jego. No cóż, pewnie się nie dowiem. „Jutro” się nie odezwał, w sobotę – pomimo czwartkowego seksu – czekałam potajemnie na wiadomość od niego. O północy, rozwścieczona i rzucająca niecenzurowanymi słowami, odłączyłam się od świata i poszłam spać. Około trzeciej nad ranem obudziłam się z nieopisanym lękiem. Podłączył telefon do Wi-Fi, na ekranie pojawiła się wiadomość od niego:„Śpisz?”. Kurwa, spałam, tak, spałam, a ty co teraz, w nocy będziesz mnie odwiedzał, punktualnie pół godziny po północy nastawiłeś przypominacz? – krzyczałam do czterech ścian. Gdybym sama nie zapłaciła za meble i sprzęt, którymi je obstawiłam, rozwaliła bym coś dla uspokojenia. Wystukałam: „Byłam w mieście”. I poszłam spać. Nie był to najzdrowszy sen, ale był. Dawno temu postanowiłam, że mężczyznom poświęcać będę tylko wieczory – i to krótko przed snem. Kiedyś i z tego zrezygnuję. W związku z tym całą niedzielę spędziłam przyjemnie.

Rozkochana w Trewirze spacerowałam najpierw nad jeziorami, a potem postarówce. Po powrocie wyprałam wszystko, na czym tylko obcy kładli głowę. Usunęłam z domu zapach facetów i z nadzieją na własną konsekwencję zajęłam się pisaniem. Około dwudziestej drugiej napisał:„Pisałem do ciebie wczoraj, ale byłaś poza zasięgiem. Gdzie byłaś?”. Odpisałam: „Czekałam na ciebie do północy i…– tu skłamałam – …poszłam do miasta”. W kilku wiadomościach zarzuciłam mu, że on chce zawsze jutro, a ja wczoraj, próbował się tłumaczyć, że w sobotę pracował. Po cichu liczyłam na to, że zaraz napisze, iż przyjedzie teraz, ale długo bym czekała, bo on teraz to jest zmęczony i próbuje zasnąć. Jak mogę chcieć kogoś, kto idzie spać. Kto pisze tylko po to, aby się wytłumaczyć, i, kurwa, idzie spać. Nie pozostał mi dłużny, pisząc, że seksu to ja chcę zawsze, a ja, że on nigdy i pożyczyłam mu dobrej nocy. Przekręcałam się z boku na bok, zaczęłam więc kolejny długi list, oczywiście mówiący o tym, co zawsze. No, może za wyjątkiem tego, że w sposób delikatny ujęłam fakt, iż próbowałam sypiać z innymi, ale przecież nie mogę z jednym pić kawy, z innym się całować, z jeszcze innym się pieprzyć, a pomiędzy myśleć o nim, o tym, czy przyjedzie, czy nie. Po naciśnięciu enteru dopisałam, że teraz ja mogę spróbować zasnąć. Jakże ja marzyłam, aby obudzić się wolną od natrętnych myśli o nim. Ale to jak z tym myśleniem o niepaleniu: im więcej myślę, żeby nie palić, tym częściej wyciągam rękę po fajkę. Teraz mam już dwa nałogi.

Od lat nie czekałam na weekendy. Nie znałam uczucia upływających dni. Dla mnie poniedziałek niczym nie różnił się od piątku. Teraz jest inaczej. Nie sądziłam też, że gdy wychodzi się do pracy na ósmą, czas upływa tak szybko. Minął kolejny czwartek i nastąpił piątek. W piątki robię się tylko trochę bardziej nerwowa, ale jak tu być spokojną, skoro w weekendy od miesięcy czekałam na jego subordynację. A teraz i ja jestem niesubordynowana. Człowiek szybko przyzwyczaja się do utartych schematów, trudniej jest się odzwyczaić. Po pracy mało mi było zmęczenia fizycznego, więc wymyśliłam kilka kolejnych siłowych czynności. Pomiędzy nimi piłam kawę z Izą i droczyłam się Jackiem. Zanim się obejrzałam, była dwudziesta druga i czekała nieodczytana wiadomość od Ivy’ego. Niesamowite jest to, jak obojętnie przechodzi on obok moich przepełnionych złością wiadomości. Jakby nigdy nic, prawie dwie godziny wcześniej napisał, jak się czuję. Odpisałam, że dobrze, i dalej to już wiecie, co było. Wiadomość o moich dniach umieściłam gdzieś pomiędzy jego wiadomością: „czekam na twoje zaproszenie” a moją: „a ja myślałam, że już tu jesteś”. Nie wiem, czy było mu wszystko jedno, czy mam okres, czy nie – przecież już raz w takiej sytuacji sobie poradziliśmy – czy przyjechał, bo wiedział, że dostanę białej gorączki, jak napisze na przykład: „więc przełóżmy to”. Nie ma co tego roztrząsać, chociaż jako kobieta życzyłabym sobie, żeby wszystko mu było jedno, co mam, żeby ważne było dla niego, że mnie zobaczy, bo z tęsknoty zgubił kolejne kilogramy, a jego penis eksploduje, jeżeli nie znajdzie się we mnie – przecież zawsze mogą to być usta.

Gdy stanął w drzwiach, wydawał mi się jeszcze bardziej przystojny, niż pamiętałam, uda zwilgotniały mi, jeszcze zanim dotarł, a teraz to już byłam ugotowana. Robił, co mógł, abym szczytowała, wie, że bez wkładania nie jest to proste. Ja wiem, że tak długo będzie mi dogadzał, aż skończę, nigdy do tej pory nie zdarzyło się, aby miał orgazm przede mną. I nigdy mu się też nie zdarzyło, by nie wziął prysznica przed naszym rozstaniem. Tym razem mnie zaskoczył, zabrał do domu – lub tam, gdzie pojechał – mój zapach. Chciałam zasnąć z jego zapachem na ciele, ale nie mogłam. Musiałam się podnieść i zapalić. Fakt, że umył tylko dłonie, a nie całe ciało, niezrekompensował mi tego, że po godzinie byłam już w łóżku sama. „Gdzie się wybierasz?” – wydusiłam z siebie, gdy zobaczyłam, że się ubiera. Motał się, nie umiał mnie tak zostawić, a jednak chciał już być w drodze do siebie. Miał nadzieję, że jestem zmęczona – zaprzeczyłam. „Wstań”.„Nie chcę” – powiedziałam. Nie jest przecież głupi, widział, że znowu jestem niezadowolona. I nie miał na to wpływu. To znaczy miał, mógł ze mną zostać, ale nie mógł, bo rano musiał wstać. Tak przynajmniej się tłumaczył. „Wyślę ci o szóstej trzydzieści zdjęcie”. Do teraz go nie mam, ale to nic. Nie umrę z tego powodu. Z tego powodu poraz kolejny musiałam zapalić. „Do jutra” – powtórzył przed wyjściem, ale nie zareagowałam.„Do jutra” – powtórzył.„Słyszałam” – odpowiedziałam z miną gracza, którego tuż przed metą dopadła kontuzja.

Jest jutro, jego ulubiona pora tygodnia. Ja jej nie lubię, ja kocham się w teraźniejszości. Nie mam zdjęcia, nie wysłał. Nie lubię, gdy mi coś obiecuje, wolę, żeby nic nie mówił. Już lepiej, abyśmy sobie tak milczeli, po co trwonić słowa, które zrodzą kolejne, niestety te po których obumiera serce. Tylko obietnice są czarujące, słowa po niedotrzymaniu ich, smakują jakoś tak jak zwietrzałe wino, już nie przyprawiają o przyjemny zawrót głowy. Raczej zbiera się po nich na wymioty. Mogłabym zostawić go sobie tylko do tego, aby od czasu do czasu, w ordynarny sposób, mnie zerżnął. Tyle tylko, że nagle zaczęłam oczekiwać od niego delikatnego muśnięcia moich ud. Nie mogę znaleźć na niego sposobu, na wyegzekwowanie swoich pragnień, i boję się, że brak marudzenia nic nie pomoże. Jak przestanę, zrobię dobrze tylko jemu, będzie miał i święty spokój, i seks, kiedy jemu pasuje. No tak, przecież mnie pasuje zawsze, z nim od jakiegoś czasu – zawsze. Ale jednak dziś spróbuję czegoś innego, nic nie napiszę mu o tym, że nieudokumentował mi swojego porannego wyjazdu. Nie pokażę mu, że czekałam sfrustrowana. Będę miła, otworzę się na to, co daje mi los. Może nawet otworzę się na niego takiego, jakim jest, może nawet postaram się z nim nie walczyć, lecz go akceptować. Taka miłość bez oczekiwań. Oczekiwania, kurczę, to one właśnie najczęściej dostarczają nam cierpień. Ubzduramy sobie coś w tych ciasnych i zamroczonych emocjami głowach i wyczekujemy ich spełnienia. Oczekiwania, to od nich w dzisiejszych czasach, najtrudniej się uwolnić. Tak mało ludzi wie, tak mało zakochanych do szaleństwa kobiet jest świadomych, że nie rani nas facet, lecz my same siebie, właśnie przez oczekiwania. Brak wdzięczności, brak umiejętności odpuszczania, umiemy jedynie wymagać, niemalże żądać od losu tego, co sobie zaplanowaliśmy. A tu figa, bo inni też mają swoje plany i niekoniecznie są one zgodne z naszymi. Mają swoje potrzeby… Ciekawe, czy Ivy zauważyłby u mnie zmianę… Gdyby mnie zapytał, co się nagle stało, powiedziałabym, że wszystko jest zmienne, że wszystko przemija, ta wciąż nieokiełznana i niezadowolona złośnica też.

Nigdy nie ukrywałam przed partnerami, że lubię seks, ale nie tylko to, lubię też stan zakochania, ten pierwszy pocałunek, pierwszy dotyk i nabrzmiałe z podniecenia sutki. To właśnie po sutkach wiem, że już i tak z tego wielkiego rżnięcia nie będzie. Stają mi tylko w wyjątkowych sytuacjach, przy nim też nie czułam ich odrętwienia. Z wyjątkiem dzisiejszego spotkania, gdy już odpuściłam, gdy przestałam chcieć dostosowywać go do swoich oczekiwań.

Wyszedł. Palę papierosa i zaczynam analizować to, co przed chwilą odczułam, tak, jakbym nabrała pewności, że nawet jeśli nie przyjedzie za tydzień, to nie pozwolę już dotknąć się nikomu innemu.

Pamiętaj, że to historia nieprawdziwa.

Wioletta K.

Ps.

Książka “Miłość odmieniana przez przypadki” na wyciągnięcie ręki. Dostępna w renomowanych księgarniach internetowych.

Jesteś singielką? Chcesz coś zmienić? Nie wiesz od czego zacząć?

Zamów książkę – efektywny kurs kobiet – “Singielka. Od równowagi emocjonalnej do miłości”,  która jest gotowym narzędziem czekającym na kobiety takie jak Ty. Historie prawdziwe, kształtująca wiedza merytoryczna i łatwe oraz proste do wykonania ćwiczenia dają szansę  na nową jakość życia.

Zapoznaj się również z warsztatami w formie e-booków, które dla Ciebie przygotowałam w celu poprawy codzienności, nabrania pewności siebie i skuteczniejszego działania.

Już wkrótce ukażą się kolejne pozycje wydawnicze autorki, zapraszam do śledzenia mnie na Facebooku. 

Pozdrawiam ciepło. 

Wioletta K. 

Trener Integracji Personalnej. 

Recommended Posts