My z ’75

5/5 - (1 vote)

– To był dobry czas, proszę pani.

Kobieta zatopiła się we własnych myślach. Tak bardzo chciałabym otworzyć jej czaszkę i zajrzeć do środka. Albo chociaż podłączyć ją pod tomograf, aby dowiedzieć się, jakim uczuciom nie pozwala wydostać się na świat. Świat według niej jest coraz bardziej zbrukany sloganami, które po ’89 miały zostać szczelnie zamknięte w kwadratach muzeów.

– Ja urodziłam się w 1975, wie pani? Można powiedzieć, że w roku kultury i sztuki. Jestem historykiem. I chociaż historia współczesna nigdy nie wydawała mi się zbyt pociągająca, rok urodzenia prześwietliłam dokładnie. Zna pani wyniki opublikowane przez TNS? Nie? Jeśli nie wierzy mi pani na słowo, to proszę sobie wygooglować. Ten rok został okrzyknięty najlepszym rokiem. I ja też się w nim urodziłam. Niestety, potem wszystko zaczęło się pieprzyć.

Jako dziecko żyłam niespiesznie. W mojej małej wiosce chyba niewiele mówiło się o komunizmie. Każdy robił swoje: ludzie siali zboże, aby po dożynkach zabawić się przy butelce samogonu. Chociaż moi rodzice nie uprawiali ziemi, na zimę wszystko było w spiżarni: powidła, których smaku już nie pamiętam, ziemniaki, które nie nadawały się na krochmal. W powietrzu unosił się zapach ciasta drożdżowego, Boże Narodzenie pachniało pomarańczami. Dziś już tak nie pachnie. Wszystko cieszyło.

Potem zamieszkaliśmy w mieście. Tacie po latach starań przyznali mieszkanie służbowe. Pierwszy raz dzieliłam pokój tylko z siostrą.

Mówiłam pani, że nie cierpię stać w miejscu? Wolę iść, stanie cholernie mnie męczy. Może dlatego, że jestem zbuntowaną, niezaspokojoną ambicjonalnie czterdziestolatką? A może dlatego, że nie umiem znieść restrykcji? Twierdzi pani, że dziś już ich nie ma… Może więc gdzieś w podświadomości nie zatarł się obraz kolejek po kawałek kiełbasy? Dzięki Bogu dzieckiem byłam i nie musiałam w nocy marznąć na dworze. Rano posyłano mnie do szkoły, więc tylko czasami stałam. Chociaż przyznam, że czekałam niecierpliwie na samochód po brzegi wypełniony arbuzami – wtedy wykazywałam się cierpliwością.

I nagle dorosłam, sama nie wiem kiedy. Razem ze mną wzrastała demokracja. To były czasy…! W głowie marzenia o aktorstwie.. Na pewno nie miałam piętnastu lat, gdy zaczęłam karmić się tymi wszystkimi obrazami o sławie, pieniądzach, podróżach. Ledwie skończyłam szkołę zawodową, którą załatwiła mi koleżanka mamy.

Wie pani, tak sobie myślę, że to, co zostaje mi narzucone, od razu staje się moim wrogiem.

W wieku 38 lat zostałam magistrem. Za późno.

Co z tym aktorstwem, pyta mnie pani… Nikomu, nikomu o tym nie mówiłam. Długie lata z nikim o tym nie rozmawiałam. Z nikim, proszę pani, zupełnie jakbym się bała, że ktoś na mnie doniesie.

W szkole nie byłam prymusem. Nie pochodziłam też z majętnej rodziny. Po części uświadomiły mi to koleżanki z miasta. Walczyłam z ich opinią, że jestem tylko jednym z czworga dzieci robotników, że jestem nikim. Jak na nastolatkę byłam cholernie dzielna. Może nie miałam spodni z Pewexu i nowiutkich chińskich trampek, ale po czubek nosa przepełniała mnie duma. A może nawet i pycha. Skąd takie emocje we mnie – nie wiem.

Zawsze czułam się wyjątkowo, jakbym wiedziała, że urodziłam się w konkretnym celu. Może niekoniecznie chciałam być Joanną d’Arc, ale.. No, cóż… Przez ostatnie dwadzieścia lat wielokrotnie się nad tym zastanawiałam.

Ale to nic, proszę pani, to nic. Może po prostu urodziłam się, aby być świadkiem tego, jak my z rocznika ’75, rzuceni na głęboką wodę, staramy się ze śmietany ubić masło. A może po to, aby wydać na świat rocznik 2000, który nie będzie musiał obawiać się, że zabraknie papieru toaletowego i czegoś nas nauczy? Bo nas, proszę pani, wiecznie czegoś nauczali. Tak bardzo dbali o nasz rozwój, że teraz, gdy stanąć trzeba w obronie własnej godności, okazuje się, że jesteśmy… zmęczeni. Zbyt obciążeni utartymi schematami. Po prostu nie nadążamy już za zmianami.

Padł komunizm.

Pierwszy paszport dostałam, gdy miałam 20 lat. Wyjechałam, gdy pani od rysunku plastycznego uświadomiła mi, że mam cholerny talent, ale ani pieniędzy, ani pleców, aby zostać projektantką. Tak ciasny umysł po tej zawodówce miałam, tak pozwoliłam wpuścić się w maliny, że uwierzyłam w jej słowa i zaczęłam pracować na czarno. W Polsce i za granicą.

Nie uważa pani, że za wszystko kogoś obwiniamy…?

Wzięłam ślub. Długo nie miałam dziecka. Podróżowałam z kraju do kraju, naiwnie zadowolona z siebie. Dziś wyliczyli mi emeryturę na 60 złotych, ale nie żałuję. Nie żałuję, proszę pani, bo gdybym w młodym wieku nie poznała tylu innych nacji, dziś nie uczyłabym mojego syna tolerancji, nie rozmawiała w języku naszego odwiecznego wroga i nie była zakochana w ludziach i wolności. Dziś nie mierziłby mnie ton słów wypowiadanych przez polityków, chociaż ja, proszę pani, nigdy partyjna nie byłam. My z ’75 nie mieliśmy na to czasu. Albo musieliśmy kombinować pieniądze na szkoły, dokształcać się, aby nadążyć za reformami systemu, i w nieskończoność przeprowadzaliśmy się w poszukiwaniu pracy.

Taka emigracja nie mieściła się w głowach naszych rodziców, którzy do dziś po kryjomu mówią, że za czasów komuny lepiej mieli, bo po 30 lat, a nawet i więcej w jednym miejscu mogli dzieci bezpiecznie chować. Może nie znali urlopu pod palmami, może nie wiedzieli, co to botoks, korporacja i światłowód, ale zawsze wiedzieli, dokąd zaprowadzi ich mozolna praca; czuli się pewnie.

Kobieta znowu zamilkła. Wstała i zaczęła krążyć po pokoju, wpatrzona przed siebie.

– Możemy stąd wyjść? – zapytała nagle. – Duszno mi. Zbyt ciasna perspektywa odbija się od tych ścian. Chodźmy gdzieś,. Proszę zdjąć obcasy.

Dwadzieścia minut później w milczeniu pokonywałyśmy odcinek dzielący mój wieżowiec i jej abstrakcyjne przeświadczenie o świecie.

– Niech pani spojrzy na te wszystkie domy – nawet ten najwyższy może pani zakryć jednym kciukiem. Zmienia się wszystko, dlatego tak bardzo jestem dziś wściekła, bo nikt, proszę pani, nie dostrzega tej perspektywy. Może przesadzam, może jest nas zbyt mało, a może już nie mamy w sobie tamtej charyzmy? Kto wie, może nawet nigdy jej nie mieliśmy? Bo wie pani, nam z ’75 tylko o konsumpcyjną godność walczyć przyszło. Wszystko było za nami…

Wie pani, że nie mamy autorytetów w naszym kraju? Nie lubimy zasłużonych aktorów, niepospolitych piosenkarzy, nie mamy celnych polityków, nie szanujemy niepokonanych. Zauważyła pani, że gdy tylko ktoś wyjdzie przed szereg, to straceńczo poszukujemy jego defektów? Ma pani jakąś skazę na swojej młodzieńczej biografii?

Kobieta spojrzała na mnie tak, jakby wzrokiem chciała zbadać grubość mojej skóry i przeniknąć w głąb mojego organizm, aby sprawdzić, ile w tej chwili zatrzymałam w płucach powietrza, w jak silny supeł zawiązał mi się żołądek i czy przyspieszona praca aorty wynika z postawionego pytania, czy z tego, że odruchowo spojrzałam w dół. Potem prześwietlała moje oczy. Bałam się tego, jaki rodzaj strachu w nich zobaczy.

– Zamyśliła się pani – zaskoczyła mnie. – Proszę nie odpowiadać. Odpowiedź proszę zachować dla siebie. Ja często zadaję retoryczne pytania – nie po to, aby wprawić kogoś w zakłopotanie. Ludzie lubią kategoryzować, punktować nasze zachowanie, ślepo wierzyć w swoją prawdę, ukutą na podstawie wycinka cudzego życiorysu. A potem umniejszamy ich wartość, zmuszamy do wyboru linii obrony, a nawet odpowiedzialności – za to, że mają parę groszy więcej niż my. Wszystko ma być w szarym mundurku, wyrównane od linijki, nie sądzi pani? Dopiero wówczas czujemy się tacy sami – albo równie szarzy, równie niezauważalni, albo równie ważni, bo to też kwestia perspektywy, proszę pani.

Nie dziwię się moim przodkom. Nie dziwię się nawet mojemu rocznikowi. Uczono nas, że wszystkim ma brakować jednakowo, że należy nosić takie same sandały. Że jeden za wszystkich, ale nie wszyscy za jednego.

Wioletta

Dziękuję, że z nami jesteś i zapraszam Cię w kolejną podróż, ponieważ emocje są najpiękniejszą nutą brzmiącą w teraźniejszości. 

opowiadania

 

Poszukując własnego szczęścia, aprobaty, miłości pukamy do różnych drzwi. Uważam, że w pierwszej kolejności powinniśmy otworzyć się na siebie, poznać swoje potrzeby i uzewnętrznić skrywane w najciemniejszych czeluściach umysłu pragnienia. Kolejno spójrz na otaczający Cię Świat z otwartym sercem, aprobatą i oczekiwaniem tego, co najlepsze.
Ja zapukałam do jednego z portali randkowych, aby odnaleźć mężczyznę, który obdarzy mnie nie tylko wyrafinowanymi komplementami, okaże bezgraniczne zainteresowanie moim umysłem i seksapilem, ale również obejmie niekończącym się poczuciem przynależności.

Nie spodziewałam się, że podróż po łączach wywoła ucisk w mojej klatce piersiowej, odbierać będzie logiczne myślenie, aby po chwili, racjonalność wzbudzała we mnie nieuchwytny strach.

Poznaj tę historię! Poznaj bezgranicznie szczere opinie innych czytelniczek, na temat zachowań bohaterki „Miłości odmienianej…” a może i Ty zechcesz do nich dołączyć i wyrazić swoje zdanie lub spróbować zakochać się jeszcze raz…

miłość odmieniana przez przypadki

 

Zastanawiasz się dlaczego właśnie ja kwerenduję ludzkie umysły w celu wydobycia zakamuflowanych emocji? A może i Ty zdecydujesz się mi o sobie opowiedzieć?

coaching kryzysowy

 

Chcesz dokonać własnego wyboru? Rozumiem, a nawet popieram, każdy powinien czytać, to co lubi. Dlatego, ja daję Ci taką możliwość poprzez jedno dotknięcie zdjęcia.

opowiadania na zakręcie

Polecane artykuły