Mów mi Zuzia – Miłość na kozetce cz. 7

Moja sukienka wydawała mi się za mało atrakcyjna, szpilki za niskie, a perfumy za tanie. Czułam, jak zmarszczki na czole i wokół ust przybierają na głębokości. Szybko schowałam dłoń o wyglądzie szarego papieru, która i tak niechętnie pozwoliła mi się wyciągnąć do przywitania. Przy takich właśnie kobietach nie potrafimy się skupić, przy takich kobietach namolnie powraca w mózgu kalkulacja: kupić jeszcze droższy krem czy lepiej wziąć ten cholerny kredyt i wstrzyknąć sobie tu i tam odrobinę tłuszczyku z pupy lub przynajmniej botoks. Nie wiem dlaczego, gdy tylko poprosiłam, aby Anetta usiadła, podeszłam do okna. Zmierzyłam wzrokiem jej auto, które przyćmiło swoim kształtem moją hondę. Niczego innego się nie spodziewałam. Westchnęłam skrycie – no cóż, po piętnastu latach praktyki zawodowej i tak jestem szczęściarą, że mogę zafundować sobie urlop dwa razy do roku i nie muszę spłacać kredytu we frankach. A piersi na swoją korektę poczekają.

– Czy napije się pani czegoś? – zapytałam kobiety.

– Może trochę wody poproszę – odpowiedziała nieśmiało, a gdy podałam jej szklankę, zapytała: – Czy ta szklanka jest dla pani do połowy pusta, czy w połowie pełna?

– Pełna – odpowiedziałam bez namysłu.

– To ma pani szczęście.

– Dlaczego tak pani sądzi?

– Proszę mi mówić po imieniu. Jakoś dziwnie się czuję, gdy mam się zwierzać komuś obcemu.

– Gdy przejdziemy na ty, to już nie będę obca?

– Ciekawe pytanie. – Anetta zamyśliła się. – Nie, już nie będzie pani. Oni wszyscy mnie tego chyba nauczyli…

– Nauczyli? Kto?

– Czy do pani nieznajomy mężczyzna od razu zwraca się po imieniu?

– Nie wiem, nigdy nie przywiązywałam do tego wagi, ale chyba nie. Nie… na pewno nie. Zawsze jest ten przedrostek: „tak, pani Wioletto”, „proszę pani”. Inaczej na pewno nie.

– A do mnie już nie pamiętam, kto i kiedy z takim szacunkiem się zwracał. Najczęściej zaraz na pierwszym spotkaniu jestem Anetta, na drugim już „kochanie” albo „skarbie” czy „koteczku”. Może mam na czole wypisane: mów mi Zuzia? – Obie parsknęłyśmy śmiechem.

– Przepraszam, najmocniej przepraszam – próbowałam wytłumaczyć się z niekontrolowanego zachowania.

– Ależ to moja wina, ja zawsze to robię, zawsze od pierwszych minut skracam dystans, niweluję bariery, a potem chodzę zdziwiona, że nie słyszę w ich głosie szacunku, respektu, i nie mogę sobie uświadomić, od której minuty poznania stałam się w ich oczach tą głupiutką laleczką, którą trzeba się zaopiekować. I oni, proszę pani, bardzo dobrze się mną opiekują. Nie mogę narzekać ani na męża, który zaraz zostanie eks, ani na kochanka. Teraz jestem w trakcie rozwodu, na początku drogi, wspominałam, prawda? A ja już się uwikłałam w dwa romanse jednocześnie. – Zatrzymała się w połowie zdania, wstała i podeszła do okna. Nie wiem, może i ona porównywała gabaryty naszych aut, a może tylko potrzebowała czasu, aby wydusić z siebie prawdę, jaką o sobie znała. – Chorwacja czy Kanada? – zapytała nagle.

– To znaczy?

– Który kraj by pani odwiedziła? Co by pani wybrała?

– Ja? Ja chcę żyć w Afryce.

– W Afryce? Żyć? – Anetta zrobiła zdumioną minę. – Dlaczego w Afryce? Tam przecież nic nie ma!

– No cóż – postanowiłam pozwolić sobie na małe wyznanie – tu nic nie ma, w Chorwacji dla mnie nic nie ma, w Kanadzie też nie czuję, aby coś dla mnie było. Ja szukam swoich miejsc na ziemi, gdzie będę czuła się jak w domu, gdzie moje serce oszaleje z nadmiaru szczęścia, a moja dusza karmić się będzie zachodami i wschodami słońca i słaniającą się wokół naturą. – Przymknęłam oczy i zobaczyłam siebie na tarasie domu, który nie miał drzwi. – Przepraszam – dodałam po chwili.

– Ależ nie, nie, to ja przepraszam. – Anetta miała bardzo zaskakujący wyraz twarzy, nie mogłam rozpoznać emocji, jakie jej towarzyszyły: trwała w zadumie czy niedowierzaniu, zaskoczyłam ją czy wyzwoliłam pragnienie poznania tego miejsca, gdzie będę kiedyś pić kawę i pisać kolejny artykuł lub wiersz. – Ja nigdy nie pomyślałabym o Afryce, nie w ten sposób. Czy ma pani już to miejsce bliżej określone?

– Nie, mam kilka propozycji, ale nie mogę się zdecydować. Chciałabym, aby to był mój własny wybór.

– Własny wybór… – powtórzyła moje słowa i wzięła kolejny łyk wody. – Ani Chorwacja, ani Kanada nie jest moim wyborem, nic nim nie będzie, prawda?

– Nic nie jest naszym wyborem do czasu, gdy nie poznamy siebie, swoich pragnień, do czasu, gdy nie zrozumiemy, po co i dlaczego tego chcemy.

Anetta usiadła naprzeciwko mnie, zmrużyła swoje błękitne oczy i przez zęby wycedziła:

– A może moim pragnieniem, jedynym szczerym, jest zdobywać mężczyzn? Omotać ich swoją osobowością, nakarmić seksapilem, odurzyć kobiecością i wyssać z nich wszystko, co posiadają. Może to jest moje, bo wie pani, to jest jedyne, co mi w życiu wychodzi. Życie na koszt frajerów, którzy zakochują się we mnie. A wie pani, co jest dla mnie najgorsze?

Spojrzałam na nią znacząco.

– Nie wie pani, to ja pani powiem – ciągnęła. – Najgorsze jest to, że ja do teraz, do tych słów o Afryce, do pani barwnego przedstawienia domu, wytłumaczenia słowa „dom”, myślałam, że to oni mnie wykorzystują, że to ja zasługuję na politowanie, że ja ich kocham, że tak wygląda miłość. A ja, proszę pani, czepiam się ich, bo tak naprawdę sama nie wiem, czego chcę: Andrzeja, co ma dom w Kanadzie, jest miły i może kupić mi bilet na pierwszą klasę, czy Tomka, który jest ordynatorem na neurochirurgii i który chyba każdą wolną chwilę spędza na robieniu listy prezentów dla mnie. Biorę wszystko, co mi dają, od mojego prawie eks też brałam, od innych biorę jeszcze więcej, bo były stwierdził, że bez jego pieniędzy sobie nie poradzę. I wie pani co, poradziłam sobie, o, i to jak sobie poradziłam, ale pani, pani wyjechała mi tu z tym sielankowym krajobrazem, wizerunkiem pani pragnień. Pani! Nie męża czy kochanka, tylko pani. Jestem święcie przekonana, że gdybym ja zapragnęła być dziś na Bali, tobym była, ale pani nie…

Ton jej głosu przeraził mnie, osłupiałam, nie mogąc poruszyć językiem, mogłam jej tylko słuchać. Mówiła dalej:

– Pani nie, bo pani nie ma pewności, czy to ma być Gambia, czy może Zanzibar, a może Maroko, w końcu to też Afryka. Ale gdy pani się dowie, to pani tam pojedzie i zamieszka, nawet za dziesięć lat, a ja mogę jedynie dostać stamtąd od pani kartkę z pozdrowieniami, od kobiety, która ma własną wolę, która potrafi cierpliwie czekać na swoje, na to, co z nią rezonuje. A ja? Ja jak nic ze sobą nie zrobię, to może za dziesięć lat będę właścicielką trzech domów po mężach, których rzucę tuż przed piątą rocznicą ślubu. – Anetta, zmęczona swoim monologiem i frustracją, jaka ją niespodziewanie dopadła, zakryła twarz dłońmi.

Nie takiej rozmowy się spodziewałyśmy. Miało to być starcie dwóch kobiet alfa, tymczasem uległyśmy swojemu wzajemnemu czarowi, a w szczególności swoim brakom. Ona płakała i smarkała w chusteczki, które jej położyłam na kolanach, a ja zastanawiałam się nad tym, co się wydarzyło, nad tym, jak to czasami nieostrożni w swoich słowach jesteśmy, jak nasze pragnienia głośno wypowiedziane mogą wzbudzić w drugim człowieku złość, poczucie beznadziejności, cierpienie. I że to nie było zachowanie godne profesjonalistki.

– Anetta – próbowałam nawiązać z nią kontakt – każdy człowiek jest inny, nie ma gorszych pragnień czy lepszych. Czy ty wyobrażasz sobie siebie w takim miejscu, gdzie jestem ja lub gdzie ja chcę być? Lub gdzie już byłam? Moje zakręty są moimi, twoje twoimi, nie ma nic złego w inności, nie ma nic złego w tym, że kobiety oddają się pod opiekę mężczyzn, to wyłącznie ich sprawa – jej i jego. Ważne tylko, abyś robiła to świadomie, aby to był twój świadomy wybór.

Kolejne kilka minut ciszy przerwała majestatycznym wytarciem nosa, a gdy ten został już starannie wydmuchany, łagodnym głosem spuentowała nasze pierwsze spotkanie.

– Ludzie mówią, że niektóre kobiety, takie jak ja, to mają szczęście. Na którego mężczyznę nie spojrzą, jest ich. Mało tego, oni tak świrują na punkcie tych kobiet, że one dostają od nich słońce w deszczowe popołudnie. Ale prawda jest taka, proszę pani, że ja nie wiem, czym jest szczytowanie, czym jest chęć zatrzymania linii papilarnych mężczyzny na swoim ciele, czym jest miłość, bo nigdy z miłości nie cierpiałam. Może więc pozwoli pani, że będę tu tak długo przychodziła, aż rozczytam swoją mapę z drogą do domu, aż się dowiem, komu chcę pozwolić kupić dla mnie świeże bułki na śniadanie, i ten bilet lotniczy albo chociaż rower, żeby do tego swojego domu dojechać.

Wiem, że nasze spotkania zawsze będą mieszały w sobie elementy zaskoczenia emocjonalnego ze stałością i determinacją w dążeniu do celu przez Anettę. Każda wizyta na pewno będzie podnosić mój biust o kilka milimetrów i spłycać zmarszczki, bo jeszcze raz potwierdzi się znana reguła, że piękno jest w nas – od zawsze! – trzeba je tylko odnaleźć i zaakceptować fakt jego istnienia.

Wioletta K.

Zapraszam do pobrania obszernych fragmentów kursów rozwojowych i motywacyjnych dostępnych na stronie

oklinicka.com

Recommended Posts