Modlitwa

Zanim zaparzyłam kawę, przeczesałam włosy, obmyłam twarz zimną wodą, nakremowałam ją i spojrzałam sobie głęboko w oczy.

Odwróciłam wzrok, bo nie mogłam zbyt długo patrzeć na rozbiegane źrenice, które nie wyrażały niczego oprócz dezorientacji, smutku, a może nawet przerażenia. Tak, to mogła być obawa przed przyznaniem się do własnych uczuć i emocji, które dusiły się pod skorupą sztucznie przyjętej obojętności, pod centymetrami pozornej pewności siebie.

Zanim zapach kawy przedostał się przez otwarte na oścież okno i dotarł do snujących się po ulicy zabłąkanych kotów, wiedziałam, że to, co mnie unieszczęśliwia, co nie pozwala mi wzrastać, co mnie zamyka, to… brak wiary. Nie tylko w siebie, w swoje osiągnięcia i możliwość kreacji lepszego życia, lecz także w… Ciebie.

Usiadłam, zapaliłam papierosa i zaciągając się dymem najmocniej, jak potrafiłam, po raz kolejny zatrułam swój umysł. Całą swoją uwagę chciałam skoncentrować na jednym: tych kilku centymetrach, które pozwolą mi się obudzić i uspokoić, a właściwie oszukać, że tego było mi trzeba.

Patrzyłam przez szybę zachlapaną deszczem, w ustach czując papieros i smak kawy. Choć od poczucia spełnienia dzieli mnie nie tyle galaktyka działań, ile zmiana wewnętrznych przekonań – zmiana, która może nie nadejść lub której mogę nie mieć siły przyjąć – poczułam, że mogłabym być spełniona. Wyczytałam to w swoich rozbieganych oczach odbijających się w przyciemnionej od brudu szybie.

Siedziałam nieruchomo, z idealnie przyczesanymi włosami, próbując rozluźnić szczękę.

Może powinnam do Ciebie pisać? Pisanie zawsze przychodziło mi łatwiej. Nie wiem dlaczego, ale nie potrafię na głos wyrażać tego, co czuję. Nie umiem artykułować barwnych opisów i budować zgłoskami dwuznacznych pytań. Może boję się, że słowo powiedziane zniknie w eterze, wymiesza się z gwarem, modlitwami, pragnieniami, żalami, troskami innych ludzi, a to, co napisane, trzy razy skopiowane, wydrukowane i rozesłane – przetrwa, tak jak przetrwały papirusy i historia Cycerona, a nawet zaginionych Majów. Tyle tylko, że jakaś wewnętrzna siła podpowiada mi, że nie masz czasu na czytanie i wolisz słuchać.

Nie mogłam się skupić. Wiem dobrze, że te wszystkie myśli – o tym, że najpierw przeczeszę włosy, zaparzę kawę, zapalę papierosa, popatrzę na budzące się ulice i brzozę, która lekko kołysze konarami, tak jak ja kołyszę biodrami, gdy tańczę salsę – to ucieczka.

Uciekam przed rozmową z Tobą. Bo Ciebie nie mogę okłamać.

Nie mogę opowiedzieć Ci o moich wyimaginowanych uczuciach. O tym, ile szczęścia i radości by mnie spotkało, dotknęło, otoczyło, krążyło wokół mnie, próbując przedrzeć się do mózgu, aby zalać każdą moją komórkę, każdą molekułę i utworzyć nowe, nieznane mi połączenie neuronowe, gdyby nie ten pancerz. Gdyby nie każdy pojedynczy centymetr strachu, każde niedowierzanie, każde umniejszanie swojej wartości. Wdzięczność jak wirus bez antidotum rozprzestrzeniłaby się w moim organizmie i może nie chciałabym z Tobą rozmawiać. Może pozwoliłabym Ci zająć się naprawdę trudnymi sprawami: uzdrawianiem chorych, łagodzeniem konfliktów zbrojnych, karmieniem głodnych dzieci i znajdowaniem bezdomnym domów. Gdybym wierzyła, że to, co robię, jest Twoim doskonałym planem, nie zawracałabym Ci głowy egoistycznymi obawami.

Wstałam i wyszłam przed dom. Słońce leniwie obnażało piękno. Połyskiwały przebudzone kwiaty. Rosa niczym rozsypane brylanty poiła drobnoustroje. Pełzał ślimak i w okolicy nie słyszałam żadnej brzęczącej muchy, która zakłócałaby ten spokój i rym życia.

Zanim muchy się przebudzą, może nabiorę odwagi, aby wyznać Ci, Boże, akt wiary.

Recommended Posts