Miłość na kozetce – Po rozstaniu 5.2

– Wiem, proszę pani, że kobiety są czasami śmieszne w swoim postępowaniu, ba niektórzy nawet twierdzą, że żałosne. Ale proszę spojrzeć…

Magda nie była dla mnie żałosna z powodu swoich działań, tylko zabawna w pozycji z głową wykręconą do tyłu, by wzrokiem wskazać na swoją z tygodnia na tydzień jędrniejszą pupę. Śmiałyśmy się do łez, gdy mówiła: „No nie może pani zaprzeczyć, że zrobiłam duże postępy”.

– Proszę spojrzeć – kontynuowała – proszę spojrzeć na tę talię, gdy byłam tu pierwszy raz, tego wcięcia nie było na pewno. – Jej dłonie próbowały uchwycić ją w pasie całą. – Nie sądzi pani, że z każdego doświadczenia możemy coś dobrego dla siebie wyciągnąć? – Nie usiadła. Stała, trzymając dłonie oparte na biodrach.

Zastanawiałam się, czy obecna pozycja jest wynikiem jej wzrostu pewności siebie, czy tylko pozostałością po akrobacjach, które przed momentem zaprezentowała.

– Czy to nie o tym piszą mądrzy ludzie – nie przestawała mówić – że nawet gdy się nam coś złego przytrafi, to ważne jest, aby dostrzec pozytywy, aby odpowiednio zareagować? Budować przyszłość nie na żalu i poczuciu krzywdy, a właśnie poprzez umiejętność zmiany perspektywy? Tak! Spojrzeć na doświadczenie z innej perspektywy. – Teraz jej jędrna pupa opadła w miękkim purpurowym fotelu, a drobne palce owinęły szczupłą talię kocem. – Trochę chłodno tu, nie sądzi pani?

Wstałam i podeszłam do wiszącego przy wyjściu termometru, ale zamiast spojrzeć w górę, utkwiłam wzrok w podłodze, gdzie Magda porzuciła swoje siatki wypełnione zdrową żywnością. Upewniwszy się, że kobieta wciąż napawa się swoim zwycięstwem nad rozleniwionym ciałem, schyliłam się niżej. Nie przywidziało mi się. Wśród soczyście wyglądających pomarańczy tkwiło wciśnięte pudełko z nowoczesną formą pomocy w zasypianiu. Kartonik wypełniony białymi groszkami, jakże mi znane, jakże pomocne, jakie przewidywalne – pomyślałam i szybko na głos powiedziałam:

– W pokoju mamy dwadzieścia dwa stopnie, może jesteś troszkę przemarznięta. Może ci zimno z przemęczenia?

– O, zmęczona jestem na pewno – mówiła entuzjastycznym głosem Magda. – Wie pani, ta nowa praca, dodatkowe zajęcia, rozumie pani. Wszystko, co nowe, jest na początku bardziej wyczerpujące, ale na pewno za miesiąc, gdy się przyzwyczaję do nowej sytuacji, poczuję te dwadzieścia dwa stopnie i zamiast nakrywać się kocem, zdejmę pulower. – Magda śmiała się i tylko czujność nie pozwalała mi wpaść w jej pułapkę starania się, mogłabym nawet powiedzieć – popisywania się, udowadniania mi – i zapewne sobie – że wszystko już jest okej, że już nie sprawia jej bólu brak obecności partnera, że trawi bez problemu nie tylko owoce i warzywa, ale również fakt, że teraz ona i on są przyjaciółmi.

Miło słuchać, że ważna dla ciebie osoba radzi sobie po kryzysie w zatrważająco szybkim tempie. Mnie jednak życie nauczyło, że bardzo częstym towarzyszem jest tak zwane wyparcie, że umysł zalewa adrenalina i to ona motywuje do tych wszystkich czynności, jakie normalnie podczas depresji są dla ludzi niewykonalne. Taką energiczną Magdę widziałam jeszcze tydzień później. Przyszła do mnie z tym samym uśmiechem na twarzy, jakby nie opuszczał jej przez ostatnie siedem dni albo jakby go przykleiła tuż przed wejściem do gabinetu.

– Bo ja, proszę pani, jestem świadoma tego, co mam robić, jak postępować, czego słuchać, aby się czuć tak dobrze jak dziś. Smutek i żal już mnie nie dotyczą – mówiła jak nakręcona, gdy zapytałam ją o powód tego uroczego uśmiechu. Tak bardzo chciałam uwierzyć w jej stan emocjonalny, który mi demonstrowała, bardzo chciałam wierzyć, że jest wdzięczna za ostanie trzy lata przepełnione cudownymi chwilami. Coś mi jednak nie dawało spokoju, może to, że wymigała się od odpowiedzi, gdy tydzień temu zapytałam o to, jak sypia. A może zawodowe doświadczenie lub to całkiem osobiste? Pożegnałyśmy się i miałam już jej więcej u siebie nie gościć.

Początkowo liczyłam dni od rozstania, po dwóch tygodniach zauważyłam, że myślę o niej już nie tak intensywnie. Niepokój ucichł, miałam tylko nadzieję, że ze słusznych powodów. Może się myliłam – uśmiechnęłam się do siebie, gdy w supermarkecie zobaczyłam kogoś do złudzenia podobnego do Magdy. Rozbawiona dziewczyna szczebiotała coś koleżance do ucha. Mam nadzieję, że Magda też jest taka radosna, mam nadzieję, mam nadzieję – zapętliły mi się w głowie te słowa. Gdy przed snem nastawiałam budzik, zauważyłam, że mam nieodebraną widomość głosową.

– Ja, proszę pani, wiem, że jest już późno i że nie powinnam, nie, nie powinnam, tak bardzo panią przepraszam, tak bardzo mi przykro, przepraszam. – Rozsiane jej słowa ścisnęły mi gardło. Nie byłam pewna, czy powinnam, ale palce same wystukały jej numer telefonu. Niegrzecznie ulżyło mi, gdy prawie natychmiast usłyszałam jej szczebioczący od śmiechu głos.

Przez ponad piętnaście minut słuchałam o jej nowej pracy, wspaniałych znajomych, nowym hobby i fryzurze. Dłużej nie mogłam, nikt by tego nie zniósł.

– Magda, czy ty piłaś?

– Ja…? Ja tylko odrobinę, niewiele, wino, tak do kolacji… – Jej głos stracił swoją kolorową barwę, a ja, wykorzystując to nagłe zamieszanie, zapytałam wprost:

– Czy chcesz mnie jutro odwiedzić? – Usłyszałam, jak przełyka ślinę. – Magda, mam wolne o ósmej trzydzieści.

– Tak, poproszę.

– Jesteś pewna, że tego potrzebujesz?

– Tak, jestem i dziękuję, że pani zapytała. Nie wiem, czy zdobyłabym się na odwagę, czy pokonałabym swoją zuchwałość.

– Zdobyłaś się, Magdo, jesteś bardzo dzielna. – Wymieniłyśmy jeszcze kilka zdań, a gdy byłam pewna, że najgorsze minęło, to i ja mogłam zdobyć się na odwagę.

Po zakończonej rozmowie napisałam do swojego męża i poprosiłam o rozmowę. Od dwóch tygodni był na mnie zły. W końcu dotarło do mnie, że miał prawo, że nie musi mu się podobać każde moje zachowanie, zaś zwrócenia mi uwagi nie powinnam przyjmować jako ataku, a już na pewno nie powinnam się bronić, atakując.

CDN.

Recommended Posts

Skomentuj wpis