Marzę o miłości

Mając dwa związki za sobą, kilka przelotnych romansów, mądrego syna, małą przystań i ten cholerny kredyt w banku, pozwalam sobie na marzenia. Nie o milionie dolarów, nie o wyspach Kanaryjskich, nie o złotej rybce, a o strzale Amora.

 

Marze o miłości; silnej, gwałtownej, namiętnej. Takiej, aby serce drżało, motyle w brzuchu fruwały. Marzę o tym, że moja druga połówka jest tam i tego samego pragnie. Nie musi to zakończyć się, jak w bajce, ze łzami w oczach mówią tak. Nie musi, to być nawet wspólne zamieszkanie.

 

Marzę o szaleństwie. O tym, że jedna osoba bez powiedzenia drugiej „dobranoc” nie zaśnie, że na dzień dobry położy mi różę na poduszce i po cichu wyjdzie albo, chociaż sms’a z serduszkiem wyśle. Marze o trzymaniu się za ręce, plątaniu dłoni we włosach. I możemy nawet nic nie mówić. Aby tylko był, blisko, aby czuć jego zapach, aby ciało jego ogrzewało moje, w zimną jesienną noc.

 

Różne są rodzaje miłości. Takie spokojne, mające na uwadze ciepło rodzinne, wygodę i bezpieczeństwo. Są takie flegmatyczne, niemające nic wspólnego z namiętnością i romantycznością. Ale są. A ja pragnę tej najbardziej romantycznej. Tej, przez którą wylewa się łzy, gdzie głowa w chmurach, a serce otwarte się rwie. Takiej, dla której traci się, w swojej rozwadze, rozum.

 

Zakochać się tak, aby uczucia stawały się namiętną pasją.

 

Zakochać się bez pamięci i z wzajemnością…

 

Pozdrawiam, Wioletta

Polecane artykuły