Mam pieniądz mam faceta! – Czyli, niby bez kasy nie mamy szans?

– Gdzieś, do licha, się podziewał? Dzwoniłam cały weekend i zostawiłam z milion cholernych wiadomości, znam lepiej głos twojej automatycznej sekretarki niż swój.

– No i zapchałaś mi ją. Ciekaw jestem, czy ja już nie mogę sobie bez poinformowania ciebie zniknąć na kilka dni?

– A jasne, że możesz! Znikaj sobie na jak długo chcesz, tylko wiesz co…

– No, co? – wtrącił się Robert. – Zagrozisz, że mi też taki numer wykręcisz?

– Ooo, chciałbyś. Nie, mój drogi…

Znowu mi przerwał.

– A może, że już nigdy, ale to przenigdy nie będziesz się o mnie martwić?

– No kurczę, dasz mi skończyć?

– Tylko jeśli wymyśliłaś coś innego, jakiś inny mały szantaż, żeby mnie trzymać na tej smyczy zwanej siecią komórkową…

– Wiesz, chciałam powiedzieć, chociaż teraz, jak już mi z tysiąc razy przerwałeś, to…

– Ja tobie tysiąc razy! No nie mogę, wy, kobiety, to potraficie liczyć… zawsze na swoją korzyść.

– No a niby jak miałoby być inaczej?

– No mów… – Robert zaczął pogwizdywać i coraz bardziej wsuwać prawą stopę za próg moich drzwi.

– I co się teraz tak tu wpychasz? – ironizowałam.

– Z nadzieją, że mnie w końcu wpuścisz i dasz się napić chociaż szklankę wody, no bo na rocznik dwa tysiące, który zresztą sam z Włoch przywiozłem, to chyba nie mam co liczyć?

– Właź… – Uległam najbardziej czarującemu facetowi na całej swojej ulicy, ale szybko zatrzasnęłam drzwi do spiżarni…

– Na litość boską wpuść mnie tam. – Robert zaczął mnie łechtać po żeberkach, a raczej po pokrywającym żeberka tłuszczyku.

– Przestań, bo się zsiusiam.

– To wpuść.

– Wpuszczę, jak w końcu wysłuchasz, co chciałam ci powiedzieć.

– Okej. – Robert stanął na baczność i zasłonił usta dłonią.

– A co ty tam masz? – Na jego wyciągniętej w musztrowej postawie szyi dostrzegłam… – Nie no, naprawdę, ten facet po pięćdziesiątce ma malinkę… – Śmiejąc się, w jednej sekundzie zapomniałam o swoim pęcherzu.

– Jaką malinkę, jaką malinkę? Ty to chyba, dziecko, w życiu malinek nie widziałaś?

– Skoro tak, to mi to opisz, to sobie skojarzę z jakimś zapamiętanym obrazem, który mi mózg podsunie…

– Najpierw trzeba go mieć – zaśmiał się Robert, zakrywając dłonią bliżej niezidentyfikowany ślad.

– Że co!? Ja niby mózgu nie mam! Nie mam!

– No widzisz –podsumował łagodnie Robert. – Uderz w stół, a nożyce się odezwą.

– Nie kręć, przecież to twoje słowa – krzyczałam poirytowana, wspinając się na palcach w kierunku jego grdyki.

– Co ja powiedziałem? – zapytał spokojnie leniwy przeciwnik.

– Mam jeszcze te bzdury powtarzać, bo tobie udziela się skleroza?

– No ja nie mogę, wy, kobiety, to sobie same umiecie dopowiedzieć, tak na swoją korzyść.

– Co ty mi dziś z tymi korzyściami wyjeżdżasz. Siadaj na kanapie, i to migiem, a ja udam się do spiżarenki po ten rocznik dwa tysiące pięć.

– Daj dwa tysiące.

– A co, masz okazję?

– Może – uśmiechnął się pod nosem Robert i potrząsając zawadiacko głową, podniósł tę prawą brew, tak jak zawsze, gdy na horyzoncie pachniało niezłym seksem z większą dawką przytulania. Już popędziłam do spiżarenki, już prawie korkociąg oczami wyjmowałam, nalewałam rocznik dwa tysiące, gdy dotarło do mnie, że ten drań nie odpowiedział mi na żadne pytanie. Schowałam uśmieszek wyrażający zadowolenie z siebie i siadając na poręczy kanapy, chwyciłam Roberta za dłoń.

– Mój kochany przyjacielu… – Patrząc na mnie z podejrzaną miną, a raczej już mnie o coś podejrzewając, mruknął tylko:

– Hm…

– Powiedz swojej Wioletce, dlaczego to nie wyjawiłeś, że będziesz poza siecią?

– Oj, a ty swoje, a już było tak miło, już chciałem ci wszystko opowiedzieć, sama zobacz, nawet lewą skarpetkę zdjąłem…

– No i buty stoją pod stolikiem zamiast w przedpokoju, ale to nic, ja je zaraz za ciebie wyniosę… od razu po tym, jak mi powiesz, dlaczego, do cholery, nie dałeś znaku życia!

– Melduję, że to był przypadek, panie generale, to żadna dezercja, to tylko przypadek.

Ja, słuchając w skupieniu, pytałam nadal:

– To jak temu przypadkowi na imię? – Ale jakoś ton mojego głosu się zmieniał. – Czy to ta kwiaciarka, twoja ulubienica, robi takie niewinne malineczki na szyi, nie wiedząc, kurczę, że to grozi zatorem?!

– Melduję – Robert prawie dusił się ze śmiechu – że pić mi się chce.

– Umrzesz z pragnienia nie prędzej niż za parę dni. To co z tą malinką?

– Gdyby mi generał nie przerwał, to już by wiedział, że to nie malinka, a zadraśnięcie. Przypadkowe zawadzenie mnie jedynką…

– Co? – Złapałam w dłonie jego twarz i unosząc ją z zaciekawieniem, oglądałam tę jedynkę, ten ślad po jedynce.

– Weź mnie, kurczę, puść, siebie oglądaj…

– Jaką jedynką?

– Tę koło dwójki, dolną i górną. Zębami, kobieto… – Robert pocierał to miejsce, jakby miało nagle zniknąć pod wpływem ciepła jego palców.

– Cooo? Ta kwiaciarka nie wygląda na taką kąśliwą – zaczęłam się śmiać.

– Ona nie, ale inny przypadek… hm, ten to ma ząbki. – Robert znienacka zmienił zachowanie.

– Wiesz, to ja chyba pójdę po ten rocznik dwa tysiące, a ty zdejmij tę drugą skarpetę…

Przy pierwszej lampce wina dowiedziałam się, że w czwartek wieczorem Robert, jadąc do domu, zatrzymał się na stacji benzynowej, żeby zatankować. Już miał prawie odjeżdżać, gdy kobieta w wieku pomiędzy czterdzieści a pięćdziesiąt lat zapytała go, czy nie mógłby jej pomóc otworzyć wlewu do paliwa, bo dziwnym trafem się zaklinował czy tam zapiekł. Zanim napełnił jej bak paliwem i zakręcił wlew na nowo, zaczęło iskrzyć tak mocno, że musieli zapobiec eksplozji na stacji benzynowej i właśnie w tym celu podjechali do ulubionej kafejki Roberta. Robert zdradza tajemnicę najciekawszych miejsc w mieście tylko wybranym przypadkom. Od słowa do słowa, od opowieści o stresie do żalów na temat pracy, która ich eksploatuje na wylot, wpadają na genialny pomysł. On kawaler z odzysku, ona po przejściach rehabilitują ciało i umysł za miastem z zamiarem kontynuowania rehabilitacji w kolejny weekend. Ot, taka historia, jaka przydarza się tysiącom, a może i milionom ludzi na co dzień.

Nie zdążyłam zamknąć rozdziawionych ust, gdy przed oczami stanęła mi postać miłej kobiety, o niesamowicie uwodzicielskim wzroku, jak to mawia Robert, i o dłoniach, przez które dostaję po trzy razy w tygodniu kwiaty… O kurczę, pomyślałam szybko, teraz już nie moje wazony będą się zapełniać, tylko tej nowej, tej, jak jej tam… Ireny? Ale zanim zdążyłam skończyć jedną myśl – typowo kobiece, jakby stwierdził Robert – język wysupłał pytanie:

– A co z kwiaciarką?

Robert spoważniał i przyglądając się leżącym pod stolikiem skarpetkom, wydukał:

– No wiesz, Wiola, ona jest miła i wiem, że mnie lubi, tylko nam śmiałości zabrakło.

– Ale w czwartek ci nie zabrakło!?

– Nie ja zacząłem, to Irena… – zwalił winę na nią.

– A ja myślałam, że faceci lubią zdobywać. To lubicie czy nie lubicie? Bo już wariuję od tych teorii!

– Och, sama wiesz, że nie ma na to reguły, a po za tym co my, z jakiegoś jednego szablonu drukowani? – Głos Roberta prężył się, a język wyginał.

– Nie, tylko słyszałam…

– Słyszałaś tu, słyszałaś tam… sama wiesz, że są faceci, którzy lubią aroganckie kobiety, weźmy na przykład Bonjowiego…

– No weźmy – przytaknęłam bez entuzjazmu, ale Robert, zajęty szukaniem odpowiedzi, nie dostrzegł błyskawicznej zmiany w moim nastroju.

– Kwiaciarka Wiola, tak poza urodą i nie wiem, czym jeszcze, nic nie może mi dać…

– O kurwa, a co ona ma ci niby dać? – ocknęłam się.

– Nie wiem, może źle się wyraziłem, nie dać, tylko jakoś tak… No na przykład teraz nie musiałem sam płacić za hotel czy kolację.

– Płaciła za ciebie – krzyczałam, jakby to było coś zdrożnego.

– Oj nie, płaciliśmy po połowie… Nalegała, to czemu miałem się nie zgodzić? Wiola, nie patrz tak na mnie, wtedy nawet o tym nie myślałem, nie wpędzaj mnie w poczucie winy… Mam fajną kobietę, nie wiem, na jak długo, ale teraz mam, i nie muszę się zastanawiać, czy ona może ze mną jechać, czy będzie miała rano na chleb albo gdzie zostawi dzieci…

– No taka miła kwiaciarka ma właśnie takie problemy…

– Tego nie wiemy. – Robertowi brakło słów, ale mnie też, więc nadal czyniłam mu wyrzuty.

– Ale wiemy, że od trzech miesięcy biegasz tam po kilka razy w tygodniu, wszystkie twoje wazony są zajęte, nie wspomnę już o swoich.

– Wiesz, że ma prowizję od sprzedaży, to jej pomagam.

– No i że nagle jej miejsce zajęła bogata Irenka… to też właśnie wiem.

– Nie ironizuj, wiesz, że nie tylko o to chodzi.

– Ależ wiem, nie tylko o to… no proszę… no tak, jeszcze o tę otwartość seksualną, którą mi wiele razy wytykałeś: z facetem trzeba na dystans, a nie do łóżka… chociaż z miesiąc wstrzemięźliwości i tak dalej…

– Przecież wiesz, że to były żarty. Jesteś wolna i to twój wybór, z kim i kiedy.

– Tak, tak… wy, faceci, to wszystko obrócicie w żart, ot tak, na swoją korzyść. –Postawiłam kropkę na końcu tej zdeformowanej subiektywnymi osądami rozmowy. – Mam mózg, w przeciwieństwie do tego, co dziś powiedziałeś, mam i nie boję się go użyć!

– Tak tylko mnie nie chodzi, Wiola, o mózg, tylko o obraz gryzących jedynek, czy twój mózg, bo zapewne go masz, tego ci odmówić nie mogę, przechowuje taki obraz i czy będziesz sobie w stanie to wyobrazić… stop! Mam na myśli gryzącą jedynkami kobietę…

Kiedy Robert ospale wsuwał na swoje stopy skarpetki, uwiesiłam mu się na szyi i przepraszająco pocałowałam zadrapanie wywołane nowymi siekaczami, które pojawiły się przypadkiem w jego życiu. Nie przyznałam mu się, że Bonjowi też wybrał kobietę z kasą, która będzie go zapraszała na obiady i zagraniczne podróże, jak jego była… chyba? I to mnie najmniej wkurzyło, to sobie umiałam wytłumaczyć, bo każdy ma prawo szukać swojego ideału i gdy go znajdzie, to z nim być, tylko dlaczego uważał, że jego seksualne potrzeby zaspokajać będzie ktoś, kto nie chce stać w kuchni i gotować warzyw na parze, no, czyli ja.

Jakieś siedemnaście lat temu był w moim życiu Darek, który też mnie ubóstwiał, ale ożenił się z kobietą równą sobie, swojemu statusowi społecznemu. No i jeszcze ten od listów do A. i ten, co woli wpływowe kobiety lub mężatki, no i mój pierwszy mąż, który dla kasy, a może jednak nie… może z miłości… Tylko dlaczego oni wszyscy lądowali, czasami nawet będąc już z innymi, w mojej sypialni?

Aby nie zatrzymywać dłużej Roberta stojącego w drzwiach i szukającego odpowiednich do sytuacji słów, zapytałam:

– Ale już nie będziesz kupował u kwiaciarki zwiędniętych róż? – Otrząsnął się i gotowy do ataku wystrzelił:

– Niby dlaczego mam swoim oczom odmawiać przyjemności? – No i draśnięta męskim postrzeganiem świata, podobnym do myślenia Bonjowiego (który aż zakrztusił się, słysząc, że nie sypiam z facetami, o których wiem, że mają partnerki), wypchnęłam Roberta na klatkę schodową. Po upewnieniu się, że zatrzasnęłam drzwi, dałam upust emocjom:

– A idźcie wy wszyscy w cholerę!

Zmywając kieliszki po winie, zbyt mocno wpychałam swoją spracowaną rękę, no i się skaleczyłam. Nie wiem, czy szybciej kapała krew, czy spływały łzy. Nie mogłam pojąć tego, co się na świecie wyrabia. Czy kobieta po czterdziestce ma szansę na udany seks z dodatkiem miłości lub na miłość doprawianą seksem tylko wówczas, gdy ocieka kasą? Więc ten post o tym, że kobiety po czterdziestce powinny zainwestować w najlepszej jakości len i drogie dodatki, jest po to, by nam uzmysłowić, że bijące niezależnością finansową i porządnym dyplomem kobiety mogą świecić tyłkiem jak dwudziestolatka i mieć to, czego chcą?

Może jednak mezalians to zły pomysł?

Bogaty facet chce bogatej kobiety i ją ma.

Biedny też chce bogatej i też może mieć, i ma.

Biedna kobieta musi zadowolić się tym, co pozostanie na stole po uczcie lub co pod niego spadnie?

A może tylko mnie się tak wydaje, może to tylko ja spotykam facetów, którzy lubią się schować za spódnicę nawet za cenę wolności mentalnej?

No i druga strona medalu, jak zawsze kłująca w oczy, ale przecież i kobiety mają swoje priorytety, gdy poszukują kandydatów na przyjaciela lub męża.

Za niski, za wysoki.

Za gruby, za szczupły.

Za bogaty, za biedny.

A wdowiec to nie…

Kawaler? Co on wie o życiu!?

Przecież on mi nie może nic dać…

CZY BYLE JAKI, ABY BYŁ?

Wioletta K.

Polecane artykuły