Kompromis, znowu?

Czy w związku zawsze musimy dokonywać wyborów? I czy to prawda, że nie możemy mieć wszystkiego?

Mija właśnie rok, gdy mogłam powiedzieć, że tak, to był miły i udany romans. Skończył się nie z powodu kłótni, niezrozumienia ale z czystych przyczyn ekonomicznych. Miło wspominam parę tygodni pomiędzy które, nie powiem, wkradł się również element wyboru, pójścia na kompromis.

W zasadzie, gdzie nie spojrzę to coś za coś. Rezygnujemy ze wszystkich swoich marzeń na rzecz tego, co wydaje się być najważniejsze.

Po rozwodzie nie miałam marzenia, aby związać się z kimś na stałe. Chciałam mieć kogoś z kim mogłabym żyć tak bez zobowiązań. Ale w trakcie zastanawiania się nad pytaniem; czy wszystko jest kwestią kompromisu? uznałam, że to też nie było pójcie na kompromis, nieświadome oczywiście.

Do takiej deklaracji zmusiło mnie raczej doświadczenie. Dwa nieudane małżeństwa świadczą o tym, że zawsze trzeba iść na kompromis. Albo masz męża w domu albo pieniądze, albo masz seks, albo przyjaciela, albo masz urodziwego faceta albo wiernego. Teraz chciałam odpocząć, żadnych kompromisów. Ale przy tej decyzji odpuściłam sobie coś na rzecz czegoś. To tak jak bym już nie wierzyła, że kolejny związek może być bardziej udany, że można mieć wszystko.

Czy ja pisałam się na takie życie? Na życie w który będę musiała rezygnować z czegoś na rzecz czegoś?

Jakie marzenia mieliśmy o partnerze/partnerce gdy dopiero, co zaczynaliśmy niewinnie flirtować?

A może wcale nikt się nie zastanawiał jaki ma mieć partner/partnerka charakter, co powinna akceptować, czego nie, jakimi wartościami się ma kierować a jakie od razu wykluczać. Czy mając 18/20 lat i staliśmy przed wyborem życiowego partnera ktoś nas o to pytał? Czy ktoś nas uczył jak żyć w związku, jak dobierać tą drugą połówkę? Czy teraz jest tak samo, czy może rozkręcony świat spowodował, że młode panny zadają sobie takie pytanie i dlatego wychodzą za mąż coraz później?

A może dobrze, że nikt kiedyś nie wpajał szeregu informacji na temat udanego małżeństwa?

Może to wówczas związki były bardziej spontaniczne, człowiek dawał sobie czas po ślubie na odkrywanie siebie nawzajem, czas na naukę pójścia na kompromis, czas na naukę współżycia.

Może dlatego te związki zawarte przed rewolucją internetową istnieją wciąż a nasze już dawno się rozpadły?

Dlaczego napisałam, że mój ostatni romans był aktem kompromisu ale niezbyt świadomym? Ponieważ kierowałam się chwilową potrzebą, doświadczeniem a nie priorytetami, nie wartościami i nie marzeniami. Przecież przed rozwodem miałam w głowie ułożoną definicję idealnego związku, przecież nie po to do ostatniej łzy walczyłam o zaspokojenie tych moich potrzeb. A jednak po rozwodzie odpuściłam. Poszłam sama ze sobą na kompromis.

Ale czy to oznacza, że powinnam żałować tej przygody?

Czy chwilowe pragnienia nie mają prawa głosu? Czy nie są wyborem potrzeby dnia codziennego? Czy mając przed sobą cel nie możemy tak odrobiną zboczyć z kursu chociażby dla sprawdzenia, czy nasze pragnienia są naprawdę naszymi?

Może czas weryfikuje nasze cele?

Pozdrawiam, Wioletta Klinicka

Polecane artykuły