Jak żyć po rozwodzie?

W 2013 roku doszło, do około, 65 000 rozwodów. Zjawisko tak powszechne, że aż wydaje się być normą. 130 000 nowych singli w tym i ja.

Osobiście miałam za dużo spraw na głowie, aby zastanawiać się, co będzie, jak już dojdzie do definitywnego końca. Z mężem utrzymywałam cały czas kontakt, rozmowy przebiegały raz burzowo, a raz mdło. Nic już nas nie łączyło oprócz 12 spędzonych lat i tak w wiecznych rozjazdach.

Przed rozprawą nie widzieliśmy się rok. On rozpoczął nowe życie, z dala od mojego stałego miejsca zamieszkania. Ja rozpoczęłam pracę za granicą. Na rozwód pojechaliśmy razem i razem wróciliśmy. Nikt nie zmienił zdania, chociaż szarpały nami emocje, mną chyba trochę bardziej. Po półgodziny byliśmy na powrót wolnymi ludźmi. Wszelkie obowiązki ustały, a sąd nie miał wątpliwości, co do wydania wyroku. Takie rozwody, to zapewne przyjemność. Pożegnaliśmy się z moim byłym, jak przystało męża i żonę. Miałam więcej nie być jego, a on mój. Mieliśmy już nigdy się nie całować, przytulać i kochać. To koniec. Był listopad, nie miałam czasu na roztrząsanie tego, co się właśnie wydarzyło. Nie odczuwałam braku, mężczyzny, bo przez 12 lat nauczona byłam czekać. No cóż potem święta, sylwester wszystko w nowym miejscu z ludźmi, którzy mnie wspierali, z którymi czułam się, jak z rodziną. W styczniu wróciłam do pracy i się zaczęło.

Poczułam ogromna pustkę. Zazwyczaj tak było, że się z mężem nie widywaliśmy po dwa, trzy miesiące, ale były telefony, sms’y, kłótnie i tęsknota. Ja zawsze zajęta nauką, osiąganiem zakładanych celów, szukająca sobie zajęcia. Teraz stanęłam w miejscu. Nie było już, do kogo zadzwonić, komu się pochwalić, komu suszyć głowy, komu się wyżalić. Wtedy, zaczęłam sobie uświadamiać, jak wielkie znaczenie ma świadomość. Sama myśl, że kogoś masz, że do kogoś należysz. Od tego poczucia musiałam się uwolnić. Nie łatwo mi było, bo taka czasami uparta jestem.

Rozmawialiśmy jak dwoje znajomych, których nigdy nic nie łączyło. Każdy prowadził swój dom, miał swoje dzieci, swoje życie. Milczącą kwestią były tylko nowe znajomości. Nikt nikomu nie mówił, czy kogoś poznał, tak jakby obie strony wychodziły z założenia, że członka, na członka zmieniać, tylko czas tracić.

Jak żyć po rozwodzie? Jak zmienić swój tok rozumowania? Człowiek układał sobie w głowie, jak jego życie będzie wyglądało z tym o to… za 10\ 20 lat. Ale czy można sobie wyobrażać jak będzie po rozwodzie? No, co o to ja wolna kobieta, będę randkować, szaleć, bawić się i tańczyć. Może gdybym była w związku zniewolona, moje prywatność naruszana. Może, gdybym wyszła za mąż mając 18 lat i niczego nie widziała, nie doświadczyła. Ale ja, ja nie miałam takich problemów. Ja mogłam wszystko, ja byłam zawsze wolna, a raczej zawsze samotna. I w tym było moje cierpienie.

Po rozwodzie nagle świat zatrzymuje się w miejscu. Nagle cichną dzwony, przestaje grać muzyka. Zastyga wszystko w człowieku. Nie ma myśli wolnej od pytań; dlaczego, i czy warto było? Czy, to było najlepsze rozwiązanie? Pomimo, już uprawomocnionego wyroku, wciąż pozostaje myśl, a może, to pomyłka? Może, to tylko sen, on o mnie walczył, ja uległam i na odwrót? Może nigdzie się osobno nie wybieramy? Nie ma serca to życie ani zmiłowania ten los. Zaczynasz robić swoje, a jakby cię nie było. Wstajesz idziesz do pracy, zajmujesz się domem, dzieckiem. Ale nie jesteś w tym wszystkim obecna. Przestajesz być uczestnikiem swojego życia, ba nie jesteś już nawet jego obserwatorem. Świadomość uleciała. I tak mija dzień, za dniem i myśli twoje dojrzewają. U jednych trwa, to dłużej u innych krócej.

Każdy musi przeżyć swoje cierpienie na swój sposób. Na nic mądre rady, które wykpimy za raz po przeczytaniu; idź na spacer, spotkaj się ze znajomymi, wyjdź do ludzi, znajdź w sobie pasję etc. A o ich autorze, co najmniej powiemy, że nie wie, co pisze! Na nic płakanie koleżance w mankiet, bo ona zaraz do domu pójdzie, a ty i tak dalej będziesz się dusić swoimi myślami. Na nic to całe wsparcie, dopóki ty sama, nie zechcesz uwolnić się!

Czas i zrozumienie tego, co się wydarzyło. Przyjęcie zmiany i pogodzenie się z nią.Trzeba być pewnym odpowiedzi; tak tego chciałam! Teraz jestem szczęśliwa! Na tą pewność warto zaczekać rok, a może i dłużej. Nie ma sensu uciekać przed samym sobą, utrzymywać w sobie, za wszelką cenę myśli, jaka to ja jestem silna, ile potrafię dni nie szlochać, nie myśleć. Jak czegoś nie przerobisz, to i tak cię to dopadnie. Jednych po kilku dniach, innych nawet po miesiącach. Płacz, więc, krzycz, wyładuj złość, tuptaj nogami, wal z całej siły w poduchy, wyrzuć z siebie cały gniew, całą złość, cały żal. Aż poczujesz ulgę. A jutro powtórz to i po jutrze, i za tydzień, i miesiąc, aż któregoś dnia poczujesz, że już nie masz takiej potrzeby, że szkoda czasu na to, co było.

Każdy musi swoje cierpienie przeżyć, aby pewnego dnia obudzić się na nowo.

Uśmiechnęłam się, bo ja już wiem, że w moim życiu może być już tylko lepiej…

Pozdrawiam, Wioletta

Polecane artykuły