Jak poradzić sobie z różnicami w związku?

Do napisania tego artykułu zainspirowało mnie życie, a właściwie wpis pewnej kobiety. Post dotyczył tęsknoty; tego, że przyjemnie jest, gdy tęsknią dwie osoby. Też uważam, że to miłe uczucie, gdy wiemy, że partner odczuwa brak naszej osoby.

Kobieta, która podpisała post, wyraziła się mniej więcej tak: „… ale niektórzy mężczyźni nie mają serca i ignorują to, że druga osoba tęskni”.

Nie mogłam się oprzeć i wtrąciłam swoje dwa grosze w komentarzu.

Co napisałam?

Jeszcze 3 lata temu lub wcześniej poparłabym tezę, że mężczyzna to niewdzięcznik, który tylko czyha na to, aby skrzywdzić nas, kobiety. Że faceci nie mają serca, są nieczuli i butni w stosunku do nas. Dużo czasu upłynęło, zanim zrozumiałam pewne kwestie związane z relacjami damsko-męskimi.

Pierwsze to zaakceptować różnicę. I nie chodzi mi o różnice w budowie mózgu, ponieważ naukowcy od lat ścierają się ze sobą w tej kwestii.

Chodzi mi o różnicę charakteru, która ukształtowana jest poprzez doświadczenia zbierane już od okresu dzieciństwa. Często bywa tak, jak w przypadku mojego eks, który sam nie do końca rozumiał swoje zachowanie, między innymi częsty

brak empatii. Bolało mnie na przykład to, że gdy byłam chora – nie okazywał mi należytej troski. Bolało mnie to, że relacje z dziećmi traktował instrumentalnie, wreszcie – bolało mnie również to, że potrafił obrażać się i wyłączać telefon na kilka dni. Ja tęskniłam, a on mnie ignorował – tak to wówczas odbierałam.

Z innych moich obserwacji wynika, że kobiety często przyjmują postawę atakującą nawet w przypadku swoich mężczyzn.

Dlaczego tak się dzieje?

Może jednym z powodów jest brak zaufania? Może boimy się, że wielopokoleniowa walka o równouprawnienie zakończy się fiaskiem, gdy tylko okażemy swoją słabość? Będę opryskliwa, niedostępna; zaneguję każde jego słowo i nie docenię tego, co dla mnie robi, tym samym okazując nie tylko swoją wyższość, ale i broniąc pozycji kobiet na tym świecie.

Jak długo mężczyzna może tolerować takie traktowanie?

Poznałam kiedyś kobietę, która przy każdej okazji strofowała swojego męża. A to źle na nią spojrzał, a to nie tak się wysłowił, kupił nie to, co trzeba, nie taką pracę posiadał, jaką powinien posiadać, nie potrafił sprzeciwiać się szefowi; jego biznes mógłby przynosić większe dochody…

Pewnego dnia wróciła do swojego idealnego domu i okazało się, że szafy męża świecą pustkami. Początkowo wpadła w furię, przekonana, że mąż za tydzień zapuka do drzwi z podkulonym ogonem. Ale w drzwiach – zamiast męża – pojawił się listonosz, który wręczył jej pozew rozwodowy.

Z Arturem do dziś mam kontakt. Kiedyś powiedział coś, co wstrząsnęło moim myśleniem: „Do dziś kocham moją żonę, dlatego jestem sam, ale ona regularnie podcinała mi skrzydła; regularnie podcinała gałąź, na której oboje siedzieliśmy”.

No tak, związek to relacja dwóch osób. Jeśli budzisz się rano i – patrząc na partnera – myślisz sobie: „On tu wciąż jest! Jaki on jest beznadziejny!”; jeśli wszystko ci w nim przeszkadza, to czy warto kontynuować wasz związek?

Ja również byłam tą osobą w związku, która złożyła pozew o rozwód. Nie byłam traktowana jak Artur, mąż nie podcinał mi skrzydeł, ale podcinał gałąź, na której razem siedzieliśmy. To, co różni mnie i Artura, to fakt, że chciałam, aby mój mąż nie dopuścił do mojego odejścia. Myślałam, że pozew o rozwód zmobilizuje go do zmiany.

Nic bardziej naiwnego nie mogłam sobie wymyśleć! Pamiętam, jak kiedyś zapytałam wprost: „Jak możesz za mną nie tęsknić, nie dzwonić do mnie, nie pytać, jak się czuję, co u mnie itd.?”. Trochę czasu mi zajęło, zanim zrozumiałam, że nie byłam mu obojętna (w przeciwnym razie nie wysłuchiwałby moich żalów); on po prostu inaczej okazywał swoje uczucia.

A jeśli chodzi o zmianę – zmieniać można, ale siebie. Gdybym posiadała tę wiedzę, będąc w związku, może uniknęlibyśmy wielu spięć. Ciekawe jest to, że nawet na rozwód pojechaliśmy razem. Dlaczego? Bo już niczego od siebie nie oczekiwaliśmy. Nie mówię, że „gdyby to czy tamto, to dziś byśmy byli razem”. Nie. Rozpad naszego małżeństwa był nieunikniony z dwóch podstawowych względów: po pierwsze, wiele aspektów zaczęło mi przeszkadzać w zachowaniu i w sposobie bycia mojego eks, po drugie – u niego zakończyła się pierwsza faza zakochania, która u mnie wciąż jeszcze trwała.

I to jest kolejny temat, w zakresie którego pary powinny być edukowane, a nie są. Mówię o chemii miłości.

Często i partnerka, i partner oczekują, że stan uniesienia związany z zakochaniem będzie trwać wiecznie. A przynajmniej tak samo długo u obojga. Tymczasem okazuje się, że przechodzimy dwa stany zakochania.

Podczas pierwszego etapu zakochania działamy pod wpływem narkotycznego rauszu, jak to określa dr Janusz Leon Wiśniewski, co oznacza, że jesteśmy pod wpływem fenyloetyloaminy wytwarzanej przez nasz organizm. To wówczas jesteśmy w stanie przenosić góry, nie dostrzegamy wad partnera itd. Taki stan jednak nie może trwać długo – maksymalnie 4 lata, a przeciętnie 18 miesięcy (czasami znacznie krócej, ponieważ taki metabolizm komórek doprowadziłoby do totalnego wycieńczenia). Po tym okresie dochodzi do osłabienia zainteresowania daną osobą, a często nawet do rozpadu związków.

Naukowcy jednak dowodzą, że jeśli związek trwa dłużej, to tylko dlatego, że fenyloetyloamina przekształca się w inny związek chemiczny – oksytocynę, której więcej posiadają kobiety.

Oksytocyna wywołuje w nas przywiązanie, uczucie macierzyństwa i respekt oraz szacunek. Oksytocyna jest odpowiedzialna za najistotniejsze procesy życiowe: narodziny (ponieważ odpowiada za skurcze macicy podczas porodu), laktację mleka podczas karmienia oraz przeżywanie orgazmów u kobiet (kontrakcje mięśni w pochwie, kontrakcję macicy). Mężczyzn charakteryzuje mniejszy poziom oksytocyny, ponieważ im jest potrzebna głównie do wywołania erekcji (odpowiada za napięcie naczyń krwionośnych).

Według naukowców związek trwa, jeśli przejście z jednej fazy zakochania w drugą dokonuje się u partnerów jednocześnie. Gdy tak się nie dzieje, dochodzi do dysharmonii w związku i związanego z tym niezrozumienia wzajemnego zachowania. Osoba znajdująca się jeszcze pod wpływem fenyloetyloaminy zaczyna się najzwyczajniej nudzić, będąc w parze z osobą, która już przeszła na oksytocynę.

Należy jednak pamiętać, że oksytocyna wywołuje takie emocje, jak przywiązanie, opiekuńczość, spokój, a nawet matkowanie. Kobieta pragnie ze strony mężczyzny troski i empatii, jednak z punktu widzenia biochemii nawet jeżeli dwie osoby są na oksytocynie, mężczyzna ma jej znacznie mniej, dlatego nie będzie tak zaangażowany emocjonalnie. To wówczas kobiety czują się niedopieszczone, niezauważane, a wręcz ignorowane.

Czy procesy biochemiczne mogą tłumaczyć pozorną obojętność mężczyzny wobec potrzeb kobiety?

A jeśli nie jest to pozorna obojętność, to czy nie lepiej po prostu się rozstać?

Powszechnie wiadomo, że kochając kogoś „na siłę”, najwięcej szkody wyrządzamy samym sobie. I nie jest to tylko przysłowie. Doświadczyłam tego rodzaju bólu dwa razy. Uważałam, że kocham, że miejsce najpierw jednego, a potem drugiego wybranka, jest przy mnie, nawet gdy jasno mi zakomunikowano, że coś się skończyło.

Dlaczego kobiety nie pozwalają odejść swoim mężczyznom? Dlaczego na długo po rozstaniu cierpią i dziwią się, że on nie tęskni?

W pierwszej kolejności przeżywamy „żałobę” po stracie, co jest rzeczą bardzo naturalną. Często jednak proces ten przedłuża się, ponieważ kobiety bronią się przez zamknięciem starego rozdziału i boją się otworzyć nowe drzwi i nie korzystają z fachowej pomocy. „Uważają, że samo się jakoś ułoży” –chociaż to mężczyźni przodują w tego typu poglądach, co jest dużym błędem ponieważ samo się nic nie rozwiąże. No ale to już temat na spotkanie indywidualne.

Jakkolwiek było w związku, jakikolwiek był związek – był czymś znanym, przewidywalnym i – co się z tym wiąże – bezpiecznym. Ale psychologii zmiany poświecę odrębny artykuł, ponieważ uważam, że jest to istotny temat w relacjach damsko-męskich.

Dopóki nie odpuścisz starego związku, żadne z was nie będzie naprawdę wolne. Dopóki nie zadbasz o własne emocje i uczucia – będziesz uwięziona/uwięziony w świadomości drugiej osoby.

Wszędzie tam, gdzie jest możliwość poprawy relacji, wysiłek powinny podjąć obie strony, jeżeli więc czegoś nie możesz osiągnąć – zostaw to; nie czekaj, aż wydarzy się cud.

Nie musisz się ze mną zgadzać, nie musisz przyjmować mojego punktu widzenia, jednak postaraj się spojrzeć na temat tęsknoty, wyrzutów i miłości również z innego, niż tylko swojego punktu widzenia.

Umiejętność akceptacji drugiej osoby, zrozumienie tego, jak emocje na nas wpływają, i świadomość funkcjonowania naszego mózgu pozwolą spojrzeć na partnera z zupełnie innej perspektywy.

Pozdrawiam,

Wioletta K.

Trener Integracji Personalnej

Polecane artykuły