Jak kontrolować mowę ciała

– Cholera jasna! – usłyszałam rozwścieczony głos Roberta. – Nie wiem, co mi się stało. Tak bardzo mi zależało, aby dziś podpisać ten kontrakt! Pół roku zajmowałem się przygotowaniami i schrzaniłem sprawę! Nie mogę znaleźć sobie miejsca. W głowie słyszę tylko ostatnie zdanie. Nawet nie wiem, co do mnie mówili. Pod stopami czułem podłogę, chociaż leżała tam wykładzina. Kurwa mać! Ja pierdolę! Jestem kretynem !Za kogo ja się uważałem?! Cholera jasna!

Robert krążył po pokoju, a mnie ściskało, aby mu powiedzieć, że teraz to ja się boję, żeby mi te moje błyszczące kafle nie zmatowiały pod jego butami. Ale nie mogłam sobie pozwolić na żaden sarkazm, żaden cynizm. Czekałam, aż wyrzuci z siebie wszystkie wulgaryzmy, aż zrobi mu się błogo i z hukiem usiądzie na kanapie, na której i tak już żarem zaznaczył swój ślad.

– No powiedz – ciągnął, nadal obrażając człowieka, któremu codziennie śpiewa podczas golenia – czy ja się nie starałem? Czy koszuli na tę okazję nie uprasowałem? Spodni na kant nie założyłem? Założyłem nawet krawat, który tak cię podnieca, bo pojawić się miała taka blondynka alfa. Jak wariat szkoliłem się z mowy ciała i ukrywania emocji. I, do cholery, powiedz mi, co poszło nie tak?! No co poszło nie tak, skoro moją prezentacją zachwycało się wcześniej całe biuro?

Nie mogłam słuchać. Znam Roberta i jego zachowanie, więc po prawie godzinie przekleństw wiedziałam, że czas to ukrócić.

– Mogę ci wejść w słowo?

– Masz mnie dość? – Popatrzył na minie i usiadł.

– Ja – ciebie? Ciebie za cholerę nie mogłabym mieć dość. Uwielbiam, jak skaczesz w miejscu i zachowujesz się jak psiak, którego zapomniałam wyprowadzić na spacer – próbowałam zażartować. Chciałam nadać rozmowie bardziej miękki ton, ale Robert patrzył na mnie, coraz bardziej marszcząc to swoje miejsce nad nosem, które w takim stanie, w jakim był teraz, zawsze dodawało mu powagi.

– Jestem żałosny? – zapytał.

– No co ty! Tyle energii zużyłeś na roztrząsanie tego, czego zmienić nie możesz, że zastanawiam się, czy przypadkiem nie jesteś głodny?

– Ciekawe, czym chcesz mnie nakarmić, skoro u ciebie tylko przewiew w lodówce. Niepotrzebnie nabijasz rachunki za światło.

– O, polepsza ci się – zaśmiałam się, wciąż jeszcze niepewnie, bo nie byłam pewna, czy rzeczywiście mam czym napełnić jego żołądek. – Oczywiście, że mam! – przypomniałam sobie po chwili. – Pyzy w zamrażalce mam! – dodałam triumfalnie.

– A cebulę i jakiś tłuszczyk?

– Nie licząc mojego prywatnego tuż nad…

– Dobra, nie kończ, coś znajdziemy – przerwał mi uśmiechnął się.

– Przegiąłem z tym staraniem? – zapytał w trakcie wspólnego przygotowywania uczty. Głos miał już spokojny.

– No, przegiąłeś – rzuciłam. Zajrzałam do garnka, udając, że sprawdzam, czy woda się zagotowała.

– Bałem się, że to schrzanię – zaczął się usprawiedliwiać.

– A schrzaniłeś coś kiedyś?

– Ze dwadzieścia lat temu, gdy jeszcze byłem młody.

– Robert, powiedz mi, po co nagle zacząłeś uczyć się mowy ciała i manipulacji emocjami?

– Zależało mi, aby podpisać ten kontrakt. Jest ważny dla firmy. To miał być mój osobisty sukces.

– I będzie, tylko przypomnij sobie, co mówiliśmy o uwadze.

– Yhy – wystękał tylko. – Chyba zabiorę cię na kolejne spotkanie.

– O tak, będę szturchać cię w bok i przypominać, co jest w danym momencie najważniejsze.

Czasami tak bardzo zależy nam na czymś, że dla osiągnięcia wyniku jesteśmy w stanie wiele zrobić. W tych staraniach zapominamy o najważniejszej sprawie.

Mowa ciała, jak wielu nam udowadnia, to 55% komunikatu, jaki wysyłamy swojemu rozmówcy. Nieważne, czy jest to randka, czy – tak jak w przypadku Roberta – spotkanie na gruncie biznesowym.

W naturalnych warunkach zawsze okazujemy spójność między mową werbalną a niewerbalną. Gdy jednak staramy się coś symulować, na przykład pewność siebie, siłę, gdy chcemy zrobić dobre wrażenie na wybrance, dochodzi do rozbieżności między ciałem, słowami a emocjami.

Często podejmujemy katorżniczą pracę, która nie przynosi efektów, by potem zastanawiać się, co poszło nie tak. „Przecież robiłem dokładnie to, co wyczytałem z mądrych książek lub czego nauczyłem się podczas szkoleń!”.

Wzięłam udział w kilku szkoleniach z mowy ciała. Zawsze brakowało mi na nich jednego elementu. Długo nie wiedziałam, czym on jest. Pewnego dnia skonstruowałam ćwiczenie, którego rezultat przeszedł moje oczekiwania. Bo co innego trenować w głowie, a co innego patrzeć na uczestników i słuchać wniosków, jakie samodzielnie starają się wyciągnąć.

Ale wróćmy na chwilę do uważności.

Uczenie się określonych gestów w określonym czasie wymaga uwagi. Wiele należy poświęcić, aby opanować sztukę koncentracji na więcej niż jednej czynności. Są osoby, które zapewniają nas, że można prowadzić samochód i rozmawiać przez telefon. O skutkach nie muszę mówić. Są też osoby, które twierdzą, że można prowadzić samochód, rozmawiać i wczuwać się w rytm tanga, które słychać w tle. O jakości tych czynności też raczej nie muszę mówić, bo każdy doskonale wie, że choć nasza uwaga jest podzielna, cierpi przez to jakość wykonywanych czynności. Nasz mózg tego nie wytrzymuje. Nie jest do tego stworzony. Nie jest przystosowany.

Gdy Robert przeprowadzał prezentację, musiał koncentrować się na:

– rozmowie – dialog jest podstawą;

– omawianiu prezentacji – prezentował swoją wizję współpracy; to był cel spotkania;

– na swojej postawie – chciał podkreślić pewność siebie i zaprezentować sztukę mediacyjną w sposób niewerbalny;

– na swoich emocjach – ukrywał niepewność, szczególnie w chwilach, gdy „rozjeżdżała” mu się prezentacja.

Krótko mówiąc: gdy symulujemy gesty i zachowanie, koncertujemy się na słowach, otoczeniu i emocjach. Czasami dochodzi do tego myśl, której od rana nie możesz się pozbyć. Czy w takim wypadku wystarcza nam uwagi? Czy w ogóle zastanawiamy się, że gdy staramy się wypaść idealnie, obciążamy swój mózg, w rezultacie nie działa on tak, jak zaplanowaliśmy?

Podczas symulacji dochodzi do niespójności. Zauważyłam ją nawet u osoby, która osiągnęła niemal mistrzostwo w sztuce manipulowania swoim ciałem. To, co mnie jednak u niej zastanawiało, to fakt, że rzadko patrzy rozmówcy w oczy.

Rozproszona uwaga sama stara się skupić na jednym zagadnieniu, a już na pewno próbuje eliminować czynnik, do którego przywiązuje się najmniejszą wagę podczas symulacji.

Gdy masz rozproszoną uwagę:

– często nie wiesz, co mówi do ciebie rozmówca – słuchasz, ale nie słyszysz;

– unikasz kontaktu wzrokowego;

– tracisz poczucie czasu;

– w głowie starasz się zatrzymać myśl o korzyściach dla swojego partnera, ale mózg w pierwszej kolejności dba o twoje dobro i wciąż na pierwszy plan wysuwa myśl o tym abyś osiągnął swój cel (zrobił dobre wrażenie, podtrzymał status osoby silnej i pewnej siebie, romantycznej i miłej albo uzyskał podpis na kontrakcie, do którego przygotowywałeś się od sześciu miesięcy), zapominając o spójności. Zewnętrznej i wewnętrzną. Synergii, której niczym nie można zastąpić.

Wniosek, jaki wysnuli moi kursanci, sprowadzał się do jednego słowa: „AUTENTYCZNOŚĆ”. Tylko tyle należy zabrać ze sobą, gdy idziesz na spotkanie z rekinami biznesu lub kobietą z twojej przyszłości. Krok po kroku, a właściwie puszka po puszce osoby uczestniczące w moim kursie odkrywały zasadę, która przynosi korzyści nie tylko tu i teraz, ale trwałe. Zaufanie jest zbudowane na autentyczności. Można zmodyfikować swoją postawę, wzmocnić pewność siebie, ale czy to powinien być cel dla twojego mózgu? Tam, gdzie kierujesz swoją uwagę, tam pojawiają się pozytywne rezultaty. A gdzie ta uwaga winna być skierowana?

Na drugiej osobie. Co twój rozmówca może z tego mieć? Jakie korzyści z twojej działalności, prośby, spotkania z tobą wynikają dla drugiej osoby?

– To znaczy, że firma zażąda ode mnie zwrotu dwóch tysięcy – zaśmiał się Robert.

– Nie. To znaczy, że teraz to mnie muszą zapłacić kolejne dwa tysiące, a może i więcej, bo kontrakt opiewał chyba na grubą kasę, a ja zafundowałam ci trening indywidualny, w dodatku z kolacją – zaśmiałam się.

Po dziesięciu dniach, gdy byłam skoncentrowana na nowym artykule, usłyszałam znany mi dzwonek w telefonie.

– Jedziemy do Paryża, Wiola! – usłyszałam. – Zakochałem się w tym twoim krasomówstwie – krzyczał tak głośno, że zburzyła się spokojna dotąd tafla Jeziora Morąskiego.

– Niemożliwe stało się możliwe? – zapytałam z przekąsem, bo wiedziałam, że kontrakt został podpisany.

Gdy wieczorem zamykałam komputer, pomyślałam, że jeśli człowiek jest gotowy, starannie przygotowany z tematu, który ma omawiać, jego ciało pokaże to wszystkim wokół. A wówczas nikt nie będzie cię oskarżał, że coś kręcisz, że nadużywasz zaufania, że nie słuchasz. Dodam tylko, że udowodniono naukowo, że na co jak na co, ale na niespójność mózg ludzki jest niezwykle wyczulony i szybko wyłapuje wszelkie niuanse.

Budujmy więc własną AUTENTYCZNOŚĆ, a wszelkie techniki, o ile są ci potrzebne, potraktuj jako uzupełnienie, bo autentyczność zawsze bazuje na twojej wyjątkowości.

Trener Integracji Personalnej

Wioletta K.

Polecane artykuły