Jak kochać się na odległość?

– Myślisz, że łatwo jest się zdecydować? – krzyczałam do Roberta resztką sił.

– Dawaj, dawaj! Jeszcze trzy kilometry i będziemy na miejscu – krzyczał Robert. – Pogadamy, gdy się zatrzymamy. Teraz przyspiesz, bo drużyna zuchów nas wyprzedzi – naśmiewał się nie tyle ze mnie, co z mojej kondycji. Robert wiedział doskonale, że wolałabym jechać przed nim, prowadząc moje wygodne auto, ale miał cel – chciał mnie zmęczyć, wyrwać resztkę moich płuc i doprowadzić mnie do granic wytrzymałości.

– To gdzie chcesz mieć partnera? W Polsce czy w Niemczech?

Zatrzymał się na skraju lasu i nie robiąc sobie nic z mojego wyczerpania, zażądał odpowiedzi.

– Jak to: gdzie? – wyplułam odpowiedź, kładąc, a raczej rzucając rower na trawę. – Przecież w ogóle nie mogę go mieć!

– Nie, nie, koleżanko! Nie siadaj, tylko napij się wody i powtarzaj za mną: wierzę w związek na odległość. Wierzę!

– Kurczę, Robert, daj mi złapać oddech, proszę.

– Nic z tego! Teraz nadszedł moment, w którym opowiesz mi o wszystkim, co siedzi w twojej głowie. Nikt cię nie słyszy, masz prawo zmienić zdanie, a nawet krzyczeć.

Byłam tak zmęczona, że powiedziałabym wszystko, aby tylko Robert pozwolił mi usiąść, położyć i oblać zimną wodą spocone ciało. Wszystko, aby nie kazał mi jechać dalej, a może nawet biec, bo co wariatowi po rozumie. Dla Roberta jednak był to moment triumf; wierzył, że wyciągnie ze mnie cichą nadzieję, którą skrzętnie chowałam przed światem. Nadzieję na udaną relację z mężczyzną, nawet jeśli pół roku będziemy spędzać osobno.

Choć tamtego dnia nic nie wskazywało na to, że mogę mieszkać i pracować w jednym miejscu, wszystko wskazywało na to, że jestem gotowa, aby związać się z kimś na stałe. Robert był święcie przekonany, że tuż po rozwodzie zrobiłam sobie mentalną krzywdę, gdy powtarzałam, że nie będę nikogo miała, bo związki na odległość nie mają racji bytu. Wnioski, naturalnie, wysunęłam na podstawie doświadczeń z moich dwóch małżeństw.

Gdy zaczęłam wyjeżdżać do Niemiec, straciłam wiarę w realną i trwałą relację. „Przelotny romans – tak, ale nic więcej. Bo niby gdzie?” – zadawałam to pytanie każdej osobie, która mnie pytała, czy kogoś mam. Zapomniałam o zadaniu tego pytania samej sobie, aż do dnia, kiedy Robert obiecał mi przyjemną wycieczkę rowerową do miejsca, w którym niebo styka się z ziemią. Złapałam przynętę, bo kocham przyrodę i niepowtarzalne krajobrazy. Kiedy dotarliśmy, podstępnie zajął się moimi przekonaniami i zmusił mnie do wielokrotnego odpowiedzenia sobie na pytanie, czy związek na odległość ma sens.

Wraz z pogłębianiem swojej wiedzy na temat funkcjonowania ludzkiego mózgu i z zakresu psychoedukacji musiałam zmienić swoje myślenie i wziąć pod uwagę fakt, że dotychczas trafiałam na facetów, którzy zakorzenili we mnie niezbyt atrakcyjne przekonanie. Ale na świecie są przecież miliony singli, którzy nie potrzebują co noc chodzić z tobą do łóżka, aby wciąż cię kochać. A może sama odległość jeszcze bardziej zbliża ich do kobiety? Są pary, które bycie daleko od siebie traktują jako przedłużoną grę wstępną, a spotkanie i seks jako nagroda, która – zdobywana nieregularnie – wzmaga apetyt. Czy można się z tym nie zgodzić?

W moim pierwszym związku mąż wygenerował sobie inną nagrodę – przyjmuję to jako oznakę wypalenia pierwszej fazy miłości.

Z drugim mężem sytuacja była nieco bardziej skomplikowana. Nasz mózg jest tak skonstruowany, że za każdą wykonaną czynność oczekuje nagrody. Po prawie dwóch latach znajomości z moim mężem przeprowadziłam się do jego malutkiego miasta, które – jak się okazało już po kilku tygodniach – niczego nie mogło mi zaoferować. Może wszystko byłoby dobrze, gdybym za podjęcie tej decyzji została sowicie wynagrodzona, ale skończyło się jedynie na oczekiwaniach.

Szybko się okazało, że mojego przyszłego wówczas męża nie stać na utrzymanie nie tylko tak dużego domu, lecz także nowej rodziny. Przyzwyczajona do większej aktywności, wtłoczona w ramy od wypłaty do wypłaty, zdana na rozrywkę typu sprzątanie domu i zajęta wychowywaniem syna popadałam w stany depresyjne i chroniczny stres.

W poszukiwaniu lepszych dochodów mąż początkowo zostawiał mnie w obcym mieście na całe tygodnie, a po roku na całe miesiące. Mając dużo czasu, zaczęłam się dokształcać. Każdy dyplom był składową obietnicy wyjazdu z mężem za granicę; obietnicy, której nigdy nie dotrzymał. Przestał rozumieć moją frustrację, a ja podobnie jak ja przestałam rozumieć jego ucieczki z domu. Skończyły się romantyczne randki na rzecz przewlekłych awantur. Nikt z nas nie otrzymywał nagrody za rozłąkę.

Wkrótce seks stał się mechanicznym obowiązkiem. Po kilku latach unikanie seksu ze mną stało się priorytetowym zajęciem mojego męża, tym samym odebrana mi została ostatnia dawka motywacji, która skłaniała mnie do trwania w psychodelicznej relacji (o uzależnieniu w związku pisałam w poprzednim artykule).

Problemy w naszej relacji piętrzyły się od dawana i do dnia wycieczki rowerowej z Robertem najwygodniej i najbardziej elegancko było mówić, że winne były rozstania na długie tygodnie i związane z nimi rozbieżność priorytetów i utarte nawyki. Oczywiście również miały wpływ, ale dziś Robert zmusił mnie do przyznania się przed sobą, że związek na odległość, mimo że nie jest najbardziej atrakcyjną formą (a nawet może wydawać się dramatem), jest możliwy do utrzymania.

Możliwe, że dwoje ludzi, którzy co siedem tygodni spotykają się na dwa dni, przed spotkaniem będzie stroić piórka i emocjonalnie podchodzić do zbliżającego się wydarzenia. Bo emocje, jakie towarzyszą temu wydarzeniu, zapiszą się w naszej podświadomości i tuż przed kolejnym spotkaniem będą decydować o naszym zachowaniu i samopoczuciu. Dzięki temu żaden z partnerów nie będzie w stanie się znudzić. „Zawsze jesteście dla siebie fascynujący, związek pracuje na jałowym biegu w tej pełnej szczęścia strefie pośredniej między pierwszą namiętnością, której nie możecie się oprzeć, a późniejszym wstrętem wobec drugiej osoby kładącej się do łóżka w spodniach dresowych. Jeśli możecie to dostać co noc (…), przypomina to masturbację. Poziom nagrody spada. Spada nawet ilość i objętość nasienia podczas ejakulacji” – L. Young, B. Alexander.

Codzienny seks oraz codzienne przebywanie ze sobą wywołują tolerancję na te bodźce. Dlatego w związkach spada namiętność lub zamienia się w przyzwyczajenie. Biorąc pod uwagę, że jestem osobą niemal uzależnioną od romantycznych uniesień, które chciałabym przeżywać, pokuszę się o stwierdzenie, że właśnie związek na odległość jest dla mnie najlepszym rozwiązaniem. Na korzystny wynik takiej relacji wpływa również fakt, że jestem osobą świadomą, samodzielną i samowystarczalną, więc problemy, które dotknęły mój ostatni związek, w naturalny sposób zostały wyeliminowane. Jedną z ważniejszych kwestii pozostaje zaufanie, i chociaż nie dotyczy mnie ono bezpośrednio (ponieważ nie mam zaniżonego poczucia własnej wartości i nie zamartwiałam się, że jestem zdradzana), pewne jest, że aby wpisać się w relację na odległość, kwestia zaufania powinna być uregulowana w umysłach obojga partnerów.

– Chcesz być z kimś? – zapytał Robert tamtego dnia, podtrzymując mnie, abym się nie przewróciła.

– Tak! – wykrzyczałam prawdę. – Chcę być z kimś!

– A będziesz potrafiła kochać faceta, który zostanie w Niemczech, podczas gdy ty będziesz w Polsce? Albo odwrotnie?

– Ale ja chcę faceta w Polsce!

– Jesteś pewna? – musztrował mnie, jak przełożeni musztrują żółtodziobów w amerykańskich filmach.

– Nie, nie jestem pewna. W sumie może mieszkać i w USA, jeśli będzie tym, którego sobie wymarzyłam.

Wzięłam głęboki oddech i poczułam, jakby nagle odblokowały się we mnie wszystkie kanały wentylacyjne; jakby odkręcił się korek, który blokował dostęp powietrza do klatki piersiowej. Śpiew ptaków nagle wydał mi się bardziej wyraźny. Poczułam miękkość trawy pod plecami i kojącą ciszę. Patrzyliśmy z Robertem, jak płyną niebieskie obłoki i wprawiaj w ruch nienaruszalne struktury nieba. Jedne odchodziły, inne przychodziły, a każdy był wyjątkowy – miał inny kształt, inny kolory. Zmieniało się niebo i my się zmienialiśmy. Zmieniały się nasze oddechy, wysychał pot na naszych czołach i bledły nam twarze. Marzyłam, aby każdą sekundę złapać i zatrzymać w uścisku, ale wiedziałam, że nie ma takiej możliwości, bo skupiając się na jednej z nich, przegapię inne. Chłonęłam więc to, co był mi dane, i patrzyłam, jak ziemia i niebo stykają się przez chwilę w jednym miejscu.

Wioletta K.

Trener Integracji Personalnej

Polecane artykuły