Genetyczny model rodziny – Bezimienni cz.2, akt 5.

– Kiedyś, przed wyjściem z domu, żona obcięła mi krawat. Gdzieś go mam. – Mężczyzna, którego wieku nie mogłam oszacować, pochylił się nad swoim życiowym dorobkiem. – O, tu jest. Tyle kasy za niego dałem…! I po co? Sam pojąć nie mogę. Żona miała rację, Armani szczęścia nie przynosi.

Uśmiechnął się i staranie pogłaskał brodę.

– Dawno tu pani nie widziałem – kontynuował. – Wyjechała pani z miasta? Nie? Pracowała? Ma pani męża, dzieci? – Zasypywał mnie nerwowymi pytaniami. Położył dłoń na moim kolanie i spojrzał głęboko w oczy. Od lat nikomu nie pozwalałam tam zaglądać.

– Wie pani, dlaczego tu przychodzę? W tej szkole uczyły się moje dzieci. Żona znała wszystkich nauczycieli, stopnie w dzienniku, pojawiała się na każdym balu. Ze względu na te szkolne imprezy nauczyła się piec jabłecznik. Nie wiem, kiedy znajdowała na to czas. Wie pani, ile pracy potrzeba, aby tak dobrze wychować dzieci? Wówczas tego nie dostrzegałem. Nie widziałem niczego oprócz swojej pracy. Nawet sam przed sobą boję się przyznać, że nie doceniałem jej wkładu w nasze życie. Żona zawsze mnie upominała, namawiała, żebym chodził na wywiadówki, ale ja tylko tłumaczyłem, że praca mi nie pozwala. Szef, nowe auto, kredyt, dzieci.

Mężczyzna zamilkł i zaczął bić się pięścią w pierś, jakby chciał mi dać czas na przemyślenia. Wyjęłam swój notes, szczelnie zapisany terminami, i niespokojnie przewracałam kartki.

– Też taki miałem – usłyszałam. Mężczyzna spojrzał na mnie zaszklonymi oczami. –Tak wiele chciałem im dać…! Żonę zabierać na dzikie plaże, zatapiać uśmiech w jej jasnych włosach, całować jej piersi, patrzeć prosto w oczy, tak jak teraz patrzę na panią, i kochać się pod kołdrą utkaną gwiazdami. Tyle sobie obiecywaliśmy, gdy jeszcze oboje pracowaliśmy w korporacji…! Że na zawsze obok siebie, dla siebie, zakochani… A potem na świat przyszedł Tomek i żona poświęciła się dzieciom. Kochała to, chociaż na początku mówiła, że wróci do pracy. Gdy Karolina skończyła pięć lat, żona wieczorami zajmowała się tłumaczeniami. Starannie ważyła swój czas i sprawiedliwie dzieliła między wszystkimi płaszczyznami życia. Też miała taki kalendarz jak pani. W jej kalendarzu był czas i na kino, i na teatr, i dla mnie, i dla dzieci… Wie pani, że nigdy, ale to nigdy nie usiadłem do śniadania bez komputera? Mimo to podawała mi kawę i czule całowała w głowę. Przestała po którymś moim: „Ja ciebie też”. To wtedy obcięła mi ten krawat. W złości powiedziałem, że bez moich pieniędzy nie mogłaby kupić tych biletów do opery i że cały jej świat stoi na moich pieniądzach. Wstyd przyznać, co myślałem, gdy wypowiadałem te słowa. Dopiero teraz zrozumiałem, że chciałem ją zastraszyć. Gdy wieczorem wróciłem z pracy, nie zauważyłem niczego podejrzanego. Dopiero rano zaskoczył mnie cichy dom, który nie pachniał kawą. Na stole znalazłem trzy wyrazy: „Jestem u mamy”. Dwa razy do niej pojechałem, ale tylko obiecywałem, że gdy dostanę awans, podwyżkę, spłacę hipotekę… Samego siebie nie słyszałem. Dopiero tu, na tej ławce, przestało mi się spieszyć. „Za późno” – tyle powiedziały mi dzieci. Teraz mam wnuki, które uczą się w tej szkole, proszę pani. I jestem dumny, bo wiem, o której kończą lekcje i jakie przedmioty właśnie mają. Znam też wszystkich nauczycieli. Czasami Tomek pozwala mi odbierać jego dzieci, bo ani on, ani jego żona czasu nie mają.

Wioletta K.

Zapraszam do zapoznania się z inną moją twórczością.

Polecane artykuły