5. część nowej książki – A może ślub?

***

Na dwa tygodnie utraciłam swój niemiecki numer telefonu. Wcale mi to nie przeszkadzało, bo oprócz przypadkowo poznanych w sieci facetów nikt go nie posiadał i zapewne nikt nie próbował go użyć. Po uaktywnieniu go okazało się, że nikt oprócz tego jednego. Hm, potem już zawsze tak robił, gdy tylko ubzdurał sobie, że chce mnie już, teraz, natychmiast. Kiedy tylko nawiedzało go to opętanie, potrafił spenetrować całą sieć w poszukiwaniu kontaktu ze mną. Gdybym miała jeszcze pięć innych numerów i komunikatorów społecznych, zapewne na każdym widniałaby wiadomość: „Ivy się do ciebie dobija”. Dziś jednak świętowałam ten pierwszy raz. I muszę przyznać, że jego upartość w pewien sposób mi schlebiała (tak chyba myślałby każdy, bo któż nie lubi mieć świadomości, że istnieje ktoś, komu się wpadło w oko i kto cię chce już i teraz?).

Mogłabym w tym miejscu opisywać na nowo wszystko to, co działo się od momentu, gdy pierwszy raz odebrałam telefon od Ivy’ego, do dnia, w którym jego dłonie zaczęły być moimi, gdy jego wewnętrzna harmonia zaczęła koić moje zmęczenie i gdy na parkiecie odebrał mi wolną wolę. Pomyliłabym fakty, pokazałabym, jak z upływem czasu zmienił się mój tok myślenia, i wytłumaczyłabym, co wnieść może do naszego życia zmiana perspektywy. Ale o mojej rozpaczy z powodu niecałowania się, o zdradach emocjonalnych i nie tylko, o różnicy w postrzeganiu świata poczytać możecie w poprzedniej części. Jak również o tym, dlaczego raz po raz odrzucałam go, by po chwili zatracać się w pragnieniu.

***

Wymazałam z pamięci tyle faktów. Zbyt bolesne są fragmenty wspomnień, które łącząc się, tworzą niechciane obrazy. Dlatego nie chcę sobie przypomnieć powodu, z którego od dawna u mnie nie był. Ale to, jak pojechał do Francji, pamiętam doskonale. Francja już na zawsze będzie mi się kojarzyć źle. To wówczas życzyłam mu, aby się tam dobrze bawił, ale szybko zostałam ukarana za moją uszczypliwość. „Wioletta, jestem na pogrzebie” – odpisał. Czasami sobie myślę, że wówczas nie chował tylko znajomego, ale i to, co żarzyło się między nami. Chciałabym napisać, że tam, w tej Francji (o ironio, w najbardziej romantycznym mieście!) grzebał miłość, którą mnie obdarzył, ale to, że mnie kochał, było tylko moją subiektywną opinią. Tak jak moim przypuszczeniem jest to, że we Francji dopadło go przeznaczenie.

Francja, a później Maroko. Pomiędzy tymi podróżami na pewno był tu, w Trewirze, ale nie u mnie. Moje niecierpliwe dłonie, osamotnione oczy, pozbawione błękitu, i skulona, jak u grzesznika, dusza – wszystko pozostawione bez logicznego wytłumaczenia czekało, każda komórka ciała tęskniła. A on nie wrócił, miał już nigdy nie wrócić. Ten ból wywołany jego nieobecnością – ból ciała, ból umysłu, ból duszy, którego przecież musiał się domyślać, tylko to mi pozostało. Rozum ustąpił miejsca rozdartemu sercu. Zdeptane, potrzebowało sporo czasu, by na powrót bić w prawidłowym rytmie.

I na tym ta historia niespełnionej miłości kobiety w średnim wieku mogłaby się zakończyć, gdyby nie moja upartość, gdyby nie moje oszalałe myśli, gdyby nie moje zranione ego, uczucia, już sama nie wiem co, ale na pewno brak umiejętności zapomnienia.

 

***

(Po tym, jak Ivy powiedział, że nie wróci)

– Nie mogę sobie wybaczyć, nie mogę – żaliłam się do Roberta. – Gdybym tylko dostrzegała wówczas te niuanse, gdybym szanowała te przejawy uczucia…

Robert nie mógł tego słuchać.

– Przestań, Wioletta, to by niczego nie zmieniło, niczego. Bo to, że on do ciebie coś czuł, może być tylko twoim zwichrowanym wyobrażeniem albo nieokrzesanym pragnieniem miłości. Po drugie podjął decyzję, nie konsultując tego z twoim sercem, miał plany, własne, egoistyczne plany, no, jedyne może, co…

– Przestań! Ty przestań mnie ranić tymi swoimi kusymi wywodami. Proszę cię, Robert, nie odbieraj mi wiary w to, że coś do mnie czuł, nie naruszaj mojej i tak mało stabilnej nadziei, że chociaż raz nie byłam dla kogoś tylko przygodą. Nie odbieraj mi wiary w to, że byłam ważna, że on był inny niż większość facetów, proszę cię. – Nie mogłam uspokoić panującego we mnie sztormu. Ten cholerny ból, którego nie powinnam czuć, którego nie umiałam zrozumieć, a który pragnęłam w sobie zatrzymać. Pragnęłam mieć blisko ten ból, nie zapomnieć się z nim obudzić i pamiętać, aby się z nim kłaść spać, ból, o który nawet bym się modliła do jego Boga, gdyby to pomogło, gdyby cierpienie uszlachetniało, gdyby spowodowało, że Ivy do mnie wróci. Albo cierpiałabym po stokroć bardziej, gdybym miała pewność, że to cierpienie przerwać może odtwarzanie w moim mózgu jakże grzecznego pożegnania.

– Wioletta, co ty robisz!? On nie umarł, to nie twój mąż, który zginął na wojnie lub w wypadku. On wyjechał, ma się być może fantastycznie, a ty tu odchodzisz od zmysłów. – I wziął mnie w ramiona, i przycisnął tak mocno do swojej klatki piersiowej, całując po włosach. Tak bardzo tego potrzebowałam, tak bardzo chciałam być z całą siłą wtulona i zasnąć, a potem obudzić się w innej rzeczywistości.

– Niech to będzie snem, Robert. Niech to nie będzie prawda, niech on mnie nie zostawia, niech to będzie sen. – Z każdym słowem mocniej zaciskałam pięści, które raz po raz wbijałam w Roberta. Upojona niemocą, wtopiona w miłość przyjaciela i jego mokrą od moich bezwiednie spływających na jego koszulę łez – zasnęłam.

Obudził mnie zapach kawy, którą Robert, przeglądając Facebooka, popijał tuż obok mnie. Dopiero po chwili poczuł na sobie mój wzrok.

– Kawki?

– Tak – powiedziałam i odwróciłam się na drugi bok.

– Teraz czy jak się wyśpisz?

– Już nie będę spała, tylko tak sobie poleżę.

– Nie chcesz na mnie patrzeć?

– Chcę, ale ja to niezbyt efektowny widok, tak myślę – mamrotałam.

– Nie przemęczaj się, Wiolka, nie myśl. – Robert silił się na sarkastyczny żart, który w normalnych warunkach by mnie rozśmieszył. Ale nie dziś. Dziś chciałam być okryta żałobnym poczuciem straty, otulona żalem i narastającym smutkiem. Dziś chciałam cierpieć, pokutować za każdy spędzony z nim dzień, kochać lub znienawidzić.

– Yhy – mruknęłam tylko i zatopiłam się w przeszłości. „Jestem w Maroko, Wioletta. Jestem w Maroko. Nie wrócę do Trewiru, przecież mówiłem ci, że chcę wrócić do domu”. I wrócił. Miliony razy odtwarzane słowa nic tu nie pomogą. Wiedziałam, że nie pomogą, czułam, że nic nie pomoże mi uwierzyć w to, że odszedł z mojego życia.

– Proszę, z mlekiem, bez cukru, nawet twoją ulubioną filiżankę umyłem. – Wysunęłam głowę spod kołdry i odruchowo zaczęłam wycierać skórę pod oczami. – Wiola, wczorajszy makijaż zmyłaś litrami łez.

– Tak, tak – burknęłam, podnosząc wyżej tyłek, aby zdobyć się na pozycję siedzącą. Wzięłam łyk kawy i powiedziałam na głos to, co podsunął mi umysł. – Myślisz, że będzie mu mnie brakowało, że będzie za mną tęsknił?

– Któż by śmiał nie tęsknić za tobą? Przecież to wiesz.

Spojrzałam pustym wzrokiem na Roberta i w sekundę jego słowa wywołały u mnie rozstrój żołądka. W pośpiechu wybiegłam do łazienki i mocno obejmując sedes, zwymiotowałam każdą kąśliwą uwagę, jaką skierowałam przez ostatnie miesiące do Ivy’ego. Nie zauważyłam nawet, kiedy przyszedł Robert, człowiek wielkiego serca, i zaczął masować mi plecy. Po wszystkim nałożył na szczoteczkę pastę do zębów i wręczył mi ją bez zbędnych komentarzy. Po chwili z czystą jamą ustną i pustym żołądkiem leżałam w miękkiej pościeli. I na powrót zadręczałam Roberta swoją postawą.

– Robert, powiedz mi, czy on nie mógł poczekać, aż go znienawidzę? Mógł mnie jakoś najpierw skrzywdzić, mógł poczekać, aż mi się znudzi. No mógł, prawda? – mówiłam, potęgując w sobie złość. – Chociaż tyle mógł dla mnie zrobić, powiedz, że tak!

Zmienne spojrzenie błagało o cofnięcie przeszłości. Wydało mi się to taką realną, wykonalną prośbą. Poczułam, że jak będę tak błagać i prosić, to wszystko okaże się fikcją, która wkradła się po to, abym przemyślała swoje zachowanie względem Ivy’ego. Żebym zaczęła bardziej doceniać to, co mam, bym w porę dostrzegała pozytywne szczegóły, bym w końcu umiejscowiła jego istnienie w moim życiu i Ivy’emu nakazała stanowczo się zdeklarować. Patrzyłam Robertowi prosto w oczy, poszukując w nich potwierdzenia moich przemyśleń, współczucia, a może nawet litości – mam do niej prawo, ten jeden jedyny raz niech ktoś się nade mną lituje. I skoro to nie Bóg, nie Bóg Ivy’ego, nie wszechświat, nie los, to niech użala się nade mną przyjaciel.

– No widocznie nie mógł, coś go ponagliło. – Łagodny głos Roberta powtórnie wyprowadził mnie z równowagi.

– Do cholery jasnej, Robert – od uniesionego głosu aż kawa zatrzęsła się w kubku – czy ty chociaż raz nie możesz przestać być taki logiczny i opanowany? Czy nie wkurwia cię, że każdy facet w moim życiu to pomyłka?!

Robert, w geście bezradności, zasłonił mi dłonią usta i przemówił prawdziwie stanowczym głosem:

– Jeśli szukasz litości, jeśli będziesz o nią tak żebrać, to nie zdzierżę, to idź do koleżanek, może one okażą ci empatię w oczekiwany przez ciebie sposób, bo ja… ja cię kocham i szanuję. – Nagle skończył przemówienie i odsunął swoją dłoń od moich ust. Nic już nie powiedziałam, resztę kawy dopiliśmy w milczeniu.

Gdy skończyłam, Robert wziął mnie na ręce i zaniósł pod prysznic.

– Wiesz, po co tu jesteś? Zrób ze sobą porządek i pójdziemy coś jeść.

Woda chłodziła moje ciało, a ja myślałam, że szkoda, że nie oczyszcza duszy. Jak długo będę za nim tęsknić? Ile razy powiem sobie, że od jutra koniec z tym żalem? Ile razy będę próbować zamiatać smutek pod dywan? Czy czas leczy rany? Czy kochałam go naprawdę? A może to tylko przyzwyczajenie, może to obruszone ego krzyczy: „jak śmiałeś mnie zostawić, mnie, taką wspaniałą, idealną, wyjątkowo do ciebie pasującą”? I dopiero gdy osuszałam ciało ręcznikiem, ocknęłam się. Boże, przecież on nie mógł mnie zostawić, nie jako swoją kobietę. Przecież ja nigdy nie byłam jego kobietą, my nigdy nie byliśmy parą. Przecież na pytanie, to jedno proste pytanie zadane przed tamtą Wielkanocą, czy coś do mnie czuje, czy może mi odpowiedzieć, nigdy nie odpowiedział nic oprócz tego, że na razie nie może mi nic powiedzieć – no bo co miał mi powiedzieć: że seks to seks, a uczucia zachowa dla kogoś innego? O Boże, jak kogoś innego, jak… nie… nie ma kogoś innego… nie! A może?

Moje dywagacje prowadzone z własnym ja przerwał realny głos Roberta:

– Gotowa?

– Prawie, prawie, daj mi minutkę.

….

C.D.N

Wioletta K.

Autorka książek:

“Miłość odmieniana przez przypadki”

“Singielka. Od równowagi emocjonalnej do miłości”

I wielu innych kursów:

Kursy

Recommended Posts

Skomentuj wpis