3. część nowej książki

***

(Dwa i pół roku wcześniej)

– Robert, tu jest tak obco, nikogo nie znam – uskarżałam się.

– Oj, przestań się zachowywać jak mała dziewczynka. Poszłaś się bawić, a nie marudzić.

– No tak, ale wiesz, jak nie lubię nowych miejsc, jak mnie przytłacza ten mój brak umiejętności nawiązywania kontaktów. Dlaczego nie umiem tego zmienić?

– Bo nie chcesz, bo to część twojego charakteru, bo bardzo często pomaga ci to nie wpakować się jakieś kłopoty albo związki bez przyszłości.

– Aha… no to mi ulżyło.

– A ten Willy jest?

– No nie, a przynajmniej ja go nie widziałam. Cała sala obcych twarzy, bawią się, wyginają i wiesz, może jestem śmieszna w swojej opinii, ale patrząc na to, jak się uczą kroków salsy, doszłam do wniosku, że to zniewolenie.

– Jak zniewolenie?

– No bo taniec to nie połączenie nóg i głowy, to znaczy też, ale taniec powinien wypływać z serca i wtedy nogi same się ruszają, biodra kołyszą, no, wiesz, co mam na myśli.

– Tak, Wiola, wiem, zniewolenie jest passé. Dla ciebie nawet pisanie pracy dyplomowej jest zniewoleniem, wszystkie ograniczenia, zasady…

– Dlaczego tak mówisz?

– Bo to prawda! Wolność ma dla ciebie bardzo indywidualne znaczenie. Musisz czuć się wolna, aby pisać, tańczyć, a nawet kochać. Nawet nasza przyjaźń trwa, bo przy mnie jesteś wolna, nie ograniczam cię swoją osobą, czujesz się swobodnie, wiesz, że cię nie ocenię, gdy mi powiesz: „wiesz, dziś przelecę Willy’ego”.

– Robert, co ty opowiadasz – powiedziałam zdumionym głosem, wymieszanym jednak z potwierdzeniem słuszności jego słów.

Nie wiem, dlaczego jeszcze nie umiem szczerze się przyznać, ale tak, wyłącznie ja mogę sobie czegoś zabronić, tylko ja mogę ustalić wobec siebie zasady, których będę przestrzegać, i jedynie ja ustalam dla siebie granice moralne, które przesuwają się nie tylko z wiekiem, ale i pod wpływem sytuacji oraz zdarzeń, w jakich się znajduję.

Nie przyszłam na galę salsy ze względu na Willy’ego. Bilet kupiłam, zanim nabrałam śmiałości i podeszłam do niego, ale po tym, jak się dowiedziałam, że on tam będzie, zbliżenie się do niego stało się priorytetem. Normalnie masakra – jak skwitowałaby te wszystkie dywagacje moja koleżanka.

– No to co: zostajesz czy wracasz? – podsumował Robert. A ja przecież nie mogłam się poddać, nie mogłam wyjść, nie dowiedziawszy się, jak ten Willy będzie się zachowywał, jak całuje, a może nawet, jaka jest jego ulubiona pozycja seksualna.

– Jest – syknęłam po cichu do słuchawki ze strachu, że może ktoś w tym przechadzającym się w tę i z powrotem tłumie zrozumie mój ojczysty język.

Godzinę później nie mogłam dodać nic więcej, jak tylko: „a teraz sobie poszedł, a teraz znowu jest, ale każde z nas udaje, że dwa tygodnie temu ten pocałunek w policzek całkiem obcego faceta nic nie znaczył”. O, jak ta obojętność bolała. Obojętność na widok osoby, której chce się dotknąć. Przecież to moją rolą jest nosić wysoko głowę, nie jego, moją. Hm, tak już jest, karma wraca. I oto teraz ja doświadczam ukrytych krótkich spojrzeń, nieśmiałych uśmiechów i kierowania uwagi wszędzie, tylko nie w kierunku osoby, na widok której cały mózg zalewa dziwna odmiana chemiczna. Powietrza, powietrza, potrzebuję powietrza – myślałam, wychodząc przed budynek. Dzwoniący telefon na chwilę odwrócił moją uwagę od cierpienia.

– Ach, to ty? Co słychać, po co dzwonisz?

– Tak, moja mała, to ja. Gdzie jesteś?

– Na gali salsy, a ty nie tu?

– Nie, jestem zmęczony, byłem do dwudziestej pierwszej w pracy. I jak jest? Ktoś cię już poderwał?

– O nie, to ja będę podrywać, ale na razie nie ma kogo – postanowiłam kłamać.

– No bo mnie nie ma – zaśmiał się w głos Bonjowi, co i mnie sprowokowało do śmiechu.

Nie wiem, czy to ten trzeci rum na rozgrzewkę to sprawił, czy stres, ale z całej naszej rozmowy najbardziej pamiętam słowa: „poczekaj do końca, wtedy nie będziesz się mogła opędzić od adoratorów” i śmiech, głośny, odrobinę głupkowaty, zbyt głośny, powodujący, że cały świat się w nim zatopił. Nie istniało nic oprócz mnie, Bonjowiego i śmiechu. Fakt, że nie jestem na zewnątrz sama, uświadomiła mi dopiero niemożność przypalenia papierosa. Rzeczy martwe mają taką siłę, aż wydaje się to nierealne, niemożliwe, aż banalne. Rzeczy martwe potrafią zmienić bieg twojej przyszłości, historii, życia.

Umieszczając w torebce telefon, spojrzałam na papierosy – tak, zapalę jednego i idę w końcu zacząć się bawić. A ten Willy, to on, niech on… I nie skończyłam myśli, bo siłowanie się z przesiąkniętym jesienną wilgocią kamieniem, starannie umieszczonym w obudowie zapalniczki, przerwał jakiś mężczyzna, chłopak właściwie. Nic specjalnego, taki tam sobie, ale był miły, uratował mnie, pomógł mi zaspokoić moją żądzę. I po cholerę to zrobił, po co? Po co się odezwał? Po co okazał mi swoje zainteresowanie? Jak mam na imię? Nijak – trzeba było odpowiedzieć. Nie mam imienia, nazwiska ani numeru tego cholernego telefonu, który z taką łatwością mu podałam. I po co mu powiedziałam, że jestem romantyczna? Po co to wszystko? Po co to mówiłam?

Dlaczego te słowa nie pozostały bez znaczenia, zlepkiem rozmowy, krótką wymianą, już nigdy niepowtórzonych, uprzejmości dwojga ludzi?

No, ale powiedziałam, paplałam, nie mam pojęcia o czym. Co on do mnie mówił, też nie pamiętam, oprócz tej jednej obietnicy, która stała się ostrzem w mojej dłoni, a właściwie amunicją w ustach, którą plułam przy każdej okazji. Nawet dziś, po tak wielu samotnych wieczorach, dniach wypełnionych udawanym szczęściem, zbyt szybko upływających miesiącach i prawie dwóch latach wypełnionych absurdalnym czekaniem, też dał mi przyzwolenie na jej użycie.

….

C.D.N

Wioletta K.

Autorka książek:

“Miłość odmieniana przez przypadki”

“Singielka. Od równowagi emocjonalnej do miłości”

I wielu kursów dostępnych na stronie:

Kursy

Kursy

 

Recommended Posts

Skomentuj wpis