2.70

2.70

Zanurzona w promieniach szczęścia oddalałam myśli o szczęścia utracie, aż w końcu schowałam obawy na dnie serca niczym drogocenny kamień, co zawistni ludzie, nie patrząc na konsekwencje, wyszarpać ci pragną.

Nie mogłam na życie narzekać do tamtego wieczoru, gdy przy mistycznych konwersacjach wtłoczyłam w siebie zbyt dużo szklanek wina. Rano, gdy jeszcze oczy w letargu trwały, mózg przetwarzał zgubne informacje. Świat wydał się niesamowicie pokrętny. Uciec chciałam, do beztroskich dni drogę odnaleźć, czułam, że wybiła dla mnie zła godzina. Ale opary taniego alkoholu kłębiące się w głowie nogi mi zasznurowały. Leżałam ciałem bezwładnym na podłodze. Z tej perspektywy rzeczywistość wydała się jeszcze bardziej niegodna abym w niej istniała. Lodowaty dreszcz przeszył mój wiotki kręgosłup. Wołałam, krzyczałam, mogę przyrzec, że błagałam o tej nocy zapomnienie. Gdy ucichło skomlenie, zrozumiałam, że każdy musi odebrać pominiętą lekcję. Ujrzałam prawdę, której nikt nie chce widzieć. „Tylko śmiech ludzie słyszą – może nie chcą innych słyszeć krzyku, bo ich własny wyrywa im serce?” W pozycji embrionalnej umierałam, ciepła krew zakrzepła, zakrzepło w tej godzinie i serce.

Wioletta K.

Recommended Posts